sobota, 27 sierpnia 2016

FORTUNA RABARBAR



ALK.5,1%. Moje marzenia się spełniły. Moje modlitwy zostały wysłuchane, a fantazje stały się rzeczywistością! W końcu mamy prawdziwe lato. O to właśnie chodziło! Temperatura dochodzi lub nawet lekko przekracza 30 stopni. I to nie przez jeden dzień, który jest jakimś szczęśliwym trafem. Cała końcówka wakacji i początek września obfitować będą  w takie oto klimaty. Żyć nie umierać. W końcu czuję, że są kurna wakacje i jest lato :D
Po cichu cały czas liczyłem na taką właśnie aurę, toteż zostawiłem sobie jedno wybitnie pasujące na tę okazję piwo – Fortuna Rabarbar. Ot, piwo smakowe jakich wiele. Nafaszerowane sokiem z rabarbaru i cytryny. W składzie prócz słodu pilzneńskiego (standard) znalazła się także pszenica (szacun), słód pszeniczny (spoko), aromat naturalny (na cholerę?), cukier (o w mordę!) oraz naturalny koncentrat czarnej porzeczki (WTF?). No to lecimy z koksem, bo pić mi się chce jak prawiczkowi seksu ;)


Rabarbarowy wynalazek z Fortuny wygląda dosyć zwyczajnie. Jest piana i to całkiem bujna, mieszano ziarnista. Opada w średnim tempie, tworząc liczne zacieki na szkle. Kolor piwa natomiast to jasno czerwony odcień. Coś jakby delikatny róż zmieszany z jasno złotym odcieniem. Od razu widać tu wpływy soku z rabarbaru.
Generalnie to mam gdzieś jak piwo wygląda, bo to nie konkurs piękności tylko degustacja. Biorę zatem pierwszy łyczek, potem drugi, trzeci, piąty. Ależ to pijalne jest! Smaczne, rześkie, dobrze nasycone. Spodziewałem się sporej słodyczy, ale mimo cukru w składzie piwo nie jest nadmiernie słodkie. Występuje tu swoista równowaga pomiędzy lekkim kwaskiem, cukrową słodyczą i łagodną goryczką. Pestkowa, krótka i szlachetna goryczka genialnie kontruje delikatnie zaznaczoną słodową bazę. Jest to wybitnie owocowy trunek z rabarbarem na czele, jednak w tle czai się również subtelna nuta poziomek, brzoskwiń oraz cytryn. Fajny, świeży i super zbalansowany napitek. W sam raz na lato :)

środa, 24 sierpnia 2016

WEST COAST IPA CIESZYŃSKIE



ALK.5,8%. Fajny jest żywot piwnego blogera (nie zawsze, ale czasem). Budzisz się rano, idziesz do pracy, wracasz, a w domu czeka już na ciebie paczuszka. Zaglądasz do środka, a tam piwa. Browarki! Jedno, dwa lub trzy w porywach do dziesięciu. I to wszystko za free! Za frajer jak to mówią niektórzy. Taki właśnie los spotkał mnie kilka dni temu. Wielkie dzięki Browarze Zamkowy Cieszyn! :>
Jedynym piwem z owej przesyłki, którego jeszcze nie piłem jest West Coast IPA Cieszyńskie. Piwo jest zwycięzcą Konkursu Piw Pracowniczych tegoż browaru. Fajnie tam mają jak widać. Nawet jako szary pomywacz, czy kosiarz trawników może być o Tobie głośno i możesz zrobić karierę. Wystarczy, że Twoje piwo wygra taki konkurs. Później piwo oparte na Twojej recepturze będzie dostępne w całej Polsce! Szacun dla Kamila Morawskiego – zwycięzcy pierwszej edycji Konkursu Piw Pracowniczych browaru w Cieszynie!


Wpierw jak głosi tradycja będzie o wyglądzie. Tuż po przelaniu mocno zmarszczyłem brwi. West Coast, a tu taki ciemny kolor? Ze szkła spogląda bowiem na mnie wybitnie bursztynowa barwa. Bursztynowa i delikatnie mętna. Ciecz okryta została umiarkowanie wysoką czapą białej piany. Białej i mieszano ziarnistej, która szybko się dziurawi. W konsekwencji jej żywotność nie jest wysoka. Piana opada szybciej niżbym sobie tego życzył.
Łest kołst ipę z Cieszyna pije się dosyć przyjemnie, jednak daleki jestem od twierdzenia, że to wersja z zachodniego wybrzeża. Są tu słody  i to całkiem sporo. Takie lekko opiekane, tostowe  i oblane niemałą ilością karmelu. Na drugim planie mordę smyra mi wyraźna żywica, nuty rześkich cytrusów oraz igieł sosnowych. Jest świeżo i lekko wytrawnie, choć także wyraźnie słodowo. W tle i na finiszu objawia się dość mocna, ale niebywale krótka i szlachetna goryczka o fajnym żywiczno-ziołowym profilu. W punkt kontruje słodową pełnię, po czym szybko czmycha w krzaki. Piwo jest umiarkowanie wysycone. Jak dla mnie ilość bąbelków jest wystarczająca. Nieźle to smakuje, ale spodziewałem się większej dominanty jankeskich lupulin.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

MR. HARD



ALK.10%. Dziś na tapecie piwo szczególne i wyjątkowe. Prawdziwy rarytas, klasyk wśród rodzimych piw. Coś jak Ford Mustang  w świecie motoryzacji, Barbie wśród lalek, jak muzyka Beethovena, czy obrazy Leonarda da Vinci. Nie ma chyba w piwnym krafcie osoby, która nie słyszałaby o słynnym Mr. Hard z Pracowni Piwa. Trunek powstał już dość dawno temu. Tak dawno, że wówczas jeszcze zdecydowana większość obecnie istniejących browarów nie była nawet w planach ich właścicieli. Na szczęście Pan Twardowski to nie jednorazowy wybryk, tylko piwo, które co jakiś czas pojawia się na rynku, ciesząc michy wszystkich kraftopijców.
Mr. Hard to pierwszy w kraju Barley Wine. Nie ma tu żadnych ekscytujących dodatków, marsjańskich przypraw, czy chmieli uprawianych w tajnych bazach po ciemnej stronie Księżyca. Tylko woda, słód, jeden amerykański, jeden brytyjski chmiel i drożdże. Po prostu wino jęczmienne. Proste, niemalże klasyczne, szablonowe, wręcz konserwatywne. Potrafi jednak powodować szybsze bicie serca, a u niektórych niekontrolowany ślinotok. Czy specjał ten wart jest swojej horrendalnej ceny i owianej nim legendy? Czy obecnie wyróżnia się czymś na tle kilkunastu krajowych barli łajnów, a jego wyjątkowość to zwykły bullshit? Zaraz się przekonam. 


Otwieram i przelewam. Rzeczony napitek wygląda bardzo zacnie. Piana jest niewysoka, ale drobna i puszysta, koloru ecru. Opada w średnim tempie. Barwa piwa jest przecudna! Wyraźnie rubinowo-wiśniowa z lekkim przebłyskami miedzi. Do tego jest klarowna. Całość wygląda nader apetycznie. Rzadko ma się okazję oglądać takie piwa.
Czas chwycić diabła za rogi. Ciecz jest dość gęsta, lepka i słodkawa. Typowo słodowe klimaty dominują. Towarzyszy im morze karmelu, opiekanego pieczywa, podsyconego lekkim muśnięciem toffi. Nieco w głębi pojawiają się suszone owoce oraz nuty likieru owocowego, który jest jedynym świadectwem obecności alkoholu w tym piwie. Etanol jest bardzo szlachetny i ułożony, lekko piecze i grzeje w przełyku, ale nic ponadto. W tle i na finiszu spotykamy chmielowo-ziołową goryczkę, która jest umiarkowanie mocna, krótka i niezalegająca. Bardzo sprawnie kontruje słodową podbudowę. Wyjątkowo smaczny i złożony to napitek. Wybitnie degustacyjny. Grzechem byłoby go wypić „na hejnał”.

sobota, 20 sierpnia 2016

BYDGOSKI APACZ




ALK.5,5%. „Tydzień z Browarem Osowa Góra” się właśnie kończy. Sześć piw to i tak dużo. Co prawda mógłbym jeszcze jutro coś dziabnąć, ale w niedzielę to ja raczej nie degustuję piw (a nuż ksiądz coś wyczuję ;) ). A tak na poważnie, to zazwyczaj mam za dużego kaca po sobotnich melanżach, by w niedzielę mieć sprawny aparat węchowy oraz kubki smakowe w formie.
Na zakończenie zostawiłem sobie amerykańca. Bydgoski APAcz się zowie. Nie trzeba być synem Einsteina, by wyczaić o jaki styl chodzi. To już druga APA z tego browaru po Singlu, który mówiąc delikatnie nie spełnił moich oczekiwań. Tym razem mamy mieszankę jankeskich chmieli, więc powinno być lepiej. Obym się nie zawiódł na koniec. 


Bydgoski APAcz prezentuje się wybornie. Mógłbym tu napisać o bardzo obfitej, śnieżnobiałej, drobnej, puszystej i sakrucko trwałej pianie, ale nie będę Was zanudzał Mógłbym pisać o wyśmienitym lacingu, ale po co? Mógłbym napisać o ładnym złocistym kolorze, ale także nie będę Was nudzić. W skrócie więc napiszę, że piwo w szkle wygląda przepięknie i apetycznie.
Czas na pierwszy kontakt, ale pamiętajcie, że to nie Blondyna, więc żadnego barabara nie będzie ;> Łyk, dwa, trzy. Kurde dobre to jest. Smaczne, wielowątkowe, rześkie, chmielowe, optymalnie wysycone. Jest żywica, jest las, są cytrusy i odrobina słodszych tropików. W tle cyka sobie cichutko lekka ziołowość, karmel i opiekany słód. Całość spięta jest dość mocną i wyraźną goryczką o fajnym ziołowo-żywicznym pochodzeniu. Finisz jest długi, wytrawny, żywiczny. Goryczka minimalnie zalega, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Piwo wchodzi jak złoto i o to właśnie chodzi (rym niezamierzony).
W zapachu też się dzieje. Lubię niuchać sobie takie smakołyki :D Nie trzeba się zbytnio wysilać, a do nosa z miejsca włażą mi owoce (dobrze, że mam duże dziurki). Mariaż kwaskowych cytrusów i słodkich tropików robi robotę! Dalej pojawia się sympatyczna kwiatowość, zwiewna żywica, nuty leśne oraz subtelny karmel. Całość spina słodowa podbudowa – dość wyraźna, ale nie dominująca. Na szarym końcu, tuż nad horyzontem majaczą cienie owocowych landrynek. Landrynek nie jadam, bom już duży chłopiec, ale lubię ich zapach. Fajnie pachnie to piwo. Bogato i intensywnie. Podoba mi się.
Całość jest przyjemnie rześka i świeża. Piwo pije się szybko, bo jest smaczne i złożone. Ma świetny balans, fajną i wyraźna goryczkę oraz umiarkowaną pełnię. Nie jest ani zbyt tęgie, ani wodniste. W sam raz, by żłopać je w większych ilościach. Trzy, pięć, siedem, w porywach do dwunastu.
Singiel mnie rozczarował, ale Bydgoski APAcz to naprawdę bardzo dobre piwo. Jestem pod dużym wrażeniem! :D Aż się oplułem z zachwytu…
OCENA: 8/10
CENA: nieznana
TERMIN WAŻNOŚCI: 12.10.2016
KUJAWSKI BROWAR REGIONALNY OSOWA GÓRA

piątek, 19 sierpnia 2016

BLONDYNA




ALK.6,8%. Schodzę dzisiaj do piwnicy, patrzę, a tam Blondyna! Leży sobie cichutko w kącie i czeka. Czeka, aż ktoś się nad nią zlituje i zabierze ją na powierzchnię (piwnica jest poniżej poziomu gruntu). Hej Blondyna, kto cię dyma jak mnie nima? - rzuciłem przelotnie. Blondyna jednak milczy wyraźnie onieśmielona moim sarkastycznym tekstem. Ech… nie martw się – mówię – dzisiaj jest twój wielki dzień. Po czym wziąłem Blondynę pod pachę i wyszedłem na zewnątrz co, by się jej lepiej przyjrzeć. Urocze to dziewczę trzeba przyznać. Smukła talia, fajny biust, długie nogi, jędrna pupa, duże usta i cudowne niebieskie oczy. Blondyna jak z obrazka. Belgian Blond się zwie. Wiem, bo miała napisane na ubraniu. Swoją drogą niezbyt ciekawym – takim kremowo-żółtawym, dość monotonnym i nudnym można rzec. Nie szata jednak zdobi człowieka – pomyślałem sobie. Najważniejsze jest przecież wnętrze. 


Czym prędzej zatem dobieram się do jej wnętrza. By zdjąć z niej odzienie wystarczy jeden mały przyrząd – może być otwieracz, ostatecznie nawet śrubokręt. Po chwili jasnowłosa ukazuje mi się w całej krasie. Okazało się, że wraz z sukienką spadła jej też peruka i Blondyna okazała się być rudą, mówiąc metaforycznie. Kolor jej włosów przypominał bowiem bursztyn, miedź, a nawet rdzę. Tak się przy tym wkurwiła, że z ust zaczęła się jej toczyć piana – drobna i obfita o lekko kremowym odcieniu. Sporo jej było i długo nie chciała zniknąć, toteż aby dobrać się do jej seksownych warg musiałem nieco tej piany spożyć. Mówi się trudno.
W końcu nadszedł ten moment. Zbliżam swoją ohydną mordę do jej facjaty i następuje kontakt. Blondyna smakuje słodko, słodowo, nieco też ciasteczkowo. Coś jak biszkopty lub herbatniki. Po chwili docierają też do mnie subtelne nuty chmielu i przypraw, choć tych jest naprawdę niewiele. Robię krótką pauzę, po minucie jadę dalej z koksem. Wczuwam się, mlaskam i wywijam ozorem. Mam wrażenie obcowania z jakimiś owocami. Europejskimi owocami, może nawet polskimi. Majaczą tu ulotne cienie brzoskwiń, białych winogron i takich dużych żółtych śliwek (renklody głupcze). W tle pojawia się też odrobina karmelu i miodu. W posmaku zaś poczułem lekko goryczkowe klimaty o chmielowo-ziołowych naleciałościach. Goryczka była krótka, szlachetna i sympatyczna. Dosyć przyjemnie było obcować z taką Blondyną, która smakuje wielowątkowo i bogato. Podobało mi się, choć orgazmu nie dostałem. Fajna z niej sztuka, ale trzeba mieć świadomość, że na mieście są lepsze dupy do wyrwania.

czwartek, 18 sierpnia 2016

SINGIEL




ALK.6,2%. Wróciłem niedawno z roboty… z pracy znaczy się. Pogoda w dalszym ciągu mnie wkur… Dzisiaj na przykład słupki rtęci pokazują 19 kresek. Rzygać mi się chce jak patrzę na termometr. Lato w pełni, a tu taka wiocha. I jak w tym kraju się kurna opalić?! Jak tu założyć krótkie spodenki, jak ci zaraz jajka zmarzną? Na szczęście mam takie cudowne hobby, po którym każdy stres staje się mniejszy - jestę blogerę :D Piwnym blogerem. W takim dniu jak dzisiaj nie pozostaje mi zatem nic innego, jak wypić jakieś dobre piwo i się trochę wyluzować. Nie zapomnieć, bo wtedy to musiałbym wychlać co najmniej osiem dobrych piw.
Skoro trwa tydzień z Browarem Osowa Góra, to nie będzie dzisiaj żadnej Pinty, czy Wąsosza. Będzie za to Singiel. Klasyczna APA single hop Mosaic. Na moje skołatane nerwy powinna się nadać. 


Najsampierw trza piwo obejrzeć, rzucim okiem, okularem, czy co tam się ma pod ręką. Singiel wygląda zwyczajnie, po prostu piwnie. Złoto-bursztynowa barwa, do tego biała, drobna i umiarkowanie wysoka piana, która opada w średnim tempie. Zostawia liczne zacieki na szkle. Jest tak jak ma być, czyli dobrze.
Pociągam łyk i lukam na etę. Parametry dość wysokie jak na APA. Górna granica widełek. W zasadzie podchodzi to już pod AIPA. Tylko IBU niezbyt wysokie - 30 jednostek , więc szaleństwa nie będzie. Orgazm goryczkowy wykluczony. Chmiel Mosaic za to jest wyczuwalny bardzo dobrze. Są białe owoce, lekkie cytrusy (głównie grejpfrut) i mnóstwo żywicy oraz cienie sosny. Tłem suną jakieś zioła i bardzo delikatne warzywa, coś jakby kalafior, albo seler? Ciężko powiedzieć, ale nie jest to specjalnie miłe odczucie. Ciekaw jestem, czy to od chmielu, czy to jakiś feler. Feler, seler, he, he. Na drugim planie pojawia się umiarkowanie intensywna, lecz niestety mdła słodowa nuta. Finisz zaś został naznaczony wyraźną ziołowo-żywiczną goryczką, która minimalnie zalega. 30 IBU jak w mordę strzelił, może nawet ciut więcej.

środa, 17 sierpnia 2016

DYMY OSOWEJ




ALK.5,5%. Jedziemy dalej z koksem. Dla tych, co nie wiedzą, bo nie wytrzeźwieli jeszcze po długim łykendzie - to już trzecie piwo żłopane w ramach cyklu „Tydzień z Browarem Osowa Góra”. Jak na razie nie jest źle – jeden bardzo udany trunek, a drugi raczej przeciętny, ale do wypicia. Dzisiaj natomiast mam w rękawie bardzo dobrze zapowiadające się piwo – Rauchbock. Wiadomo, nowa fala to to nie jest, ale z reguły piwa wędzone mi smakują.
Zaraz, zaraz, ktoś tu chyba leci sobie w kulki. Koźlak o ekstrakcie 14 Ballingów?! Alko zaledwie 5,5%? Wolne żarte. Gdyby BJCP wiedziało o tym piwie, to jej członkowie dostaliby białej gorączki ;p Co prawda piłem już nieraz takie pseudokoźlaki, ale zazwyczaj mnie one nie urzekały. Zaniżanie parametrów przy tym stylu jest po prostu nie na miejscu. 


Po Dymach Osowej spodziewałem się naprawdę dużo, choć było to zanim uważnie przeczytałem etykietę. Po pierwsze lubię koźlaki. Może nie jakoś ekstremalnie, ale wolę to niż jasne lagery, czy zwykłe Pale Ale. Po drugie kocham piwa wędzone. Uwielbiam je. Rodzaj wędzonki to dla mnie sprawa drugorzędna, lubię je wszystkie. Rauchbock z Osowej Góry już po pierwszym łyku sprawił uśmiech na moim fejsie. Czuć bukową wędzonkę, ale nie jest to jakieś ekstremalne odczucie. Dym z ogniska i szyneczka pełnią raczej rolę tła. Prym natomiast wiedzie słodkawy karmel i fajna, lekko opiekana słodowość. Na drugim planie mamy przypieczoną skórkę chleba oraz nuty tostowe. Całość dość nisko wysycona, zakończona lekką i sympatyczną goryczką. Bardzo klasyczne podejście do tematu. Klasyczne, ale bardzo smaczne.