środa, 28 września 2016

HAPAN


ALK.4,6%. Chapnę sobie dzisiaj Hapana. Jest to drugie kooperacyjne piwo Browaru Wąsosz i fińskiego Humalove. Gdybym nie miał takiej sklerozy pewnie pamiętałbym ich pierwsze wspólne piwo, no ale jak widać mam.
Jak głosi etykieta Hapan to Polish Fruit Sour Saison. I co takie gały robicie? Trzeba było chodzić na anglika, to byście nie musieli teraz świecić oczami ;) Po prostu jest to Saison z dodatkiem owoców (agrestu i brzoskwini) zakwaszony bakteriami Lactobacillus helveticus i chmielony polską Sybillą. Proste nie?
W sumie Hapan to fajne piwo. Piwo, które prócz procentów dostarcza także porcję wiedzy. Mnie na przykład nauczyło, że hapan po fińsku znaczy kwaśny. Piwo, które uczy! Świetna sprawa.


Hapan nie chciał współpracować przy nalewaniu. Drobna piana nie była zbyt wysoka, mimo że lałem dość agresywnie. Do tego bardzo szybko zaczęła znikać. Kilka minut i już było po sprawie! Piwo zostało odziane w wyraźnie mętny, pomarańczowo-złoty odcień. Jedźmy dalej.
Smak jest rześki jak poranna bryza, świeży jak karp w dniu Wigilii. Dominuje w nim przyjemny kwasek o cytrynowym zacięciu, który nie jest ani za mocny, ani za słaby. Jest wycelowany po prostu idealnie. Na drugim planie prym wiedzie lekka słodowa nuta oraz przyjemna owocowość. Faktycznie czuć tutaj agrest, ale obecności brzoskwini nie odnotowałem. W tle czai się natomiast skórka limonki, odrobina niedojrzałych jabłek papierówek oraz symboliczna chmielowość w subtelnie ziołowej formie. Całość jest smaczna, przyjemnie kwaśna i okrutnie pijalna. Piwo wchodzi jak złoto! :D

poniedziałek, 26 września 2016

DEER BEARD



ALK.6,5%. Szanowni Państwo przedstawiam Wam piwo Deer Beard z Browaru Deer Bear. Zapewne nie każdy jest poliglotą i nie włada tak biegle językiem Anglosasów, jak włodarze tegoż browaru. Z związku z tym pozwolę sobie co nieco wyjaśnić o co tutaj kaman. Browar nazywa się Deer (jeleń) Bear (niedźwiedź), a piwo Deer Beard (broda). Słowa deer nie należy też mylić z dear (drogi, kochany). Trochę to pomotane, ale da się ogarnąć.
Deer Bear to browar kontraktowy warzący w niedalekim dla mnie Wąsoszu. Jego debiut miał miejsce już w zeszłym roku, ale szczerze powiem, że nie śledzę ich kariery i nie wiem ile już piw (i kasy) mają na koncie. W każdym bądź razie Deer Beard (nadążacie) to ich pierwszy/debiutancki trunek. Fajnie, że w końcu go dorwałem. Broda Jelenia to żytnia IPA, jakich wiele na rynku. Ale na tymże właśnie rynku chyba nie ma ipy podrasowanej dodatkiem pędów sosny i skórki pomarańczy bergamotki. Czy może jest?


Otwieram i przelewam. Piwo pieni się jak szalone. Jest ciemno złote lub nawet lekko bursztynowe i wyraźne zamglone, można go nawet nazwać mętnym. Kolor to pikuś, ale piana to dopiero majstersztyk – obfita, wysoka, niesamowicie drobna i sztywna jak koci ogon. Skubana prawie wcale nie opada! Jest trwała jak piramidy egipskie, czy inne mumie. Wieki musiałem czekać na możliwość dolewki. W końcu się wkur… zdenerwowałem i trochę musiałem jej spić. Ale ludzie, jaki to ma lacing! Bardzo dawno nie widziałem na szkle tak zwartej i trwałej koronki. Piana praktycznie oblepia każdy centymetr kwadratowy szkła. A w niektórych miejscach nawet każdy milimetr!!!
Oczywiście spuszczając się nad wyglądem, trochę piwka sobie skosztowałem i już wiem, że smakuje wybornie. Piwo jest mocno owocowe, cytrusowe z mocnym naciskiem na skórkę pomarańczy, limonki i grejpfruta. Nie mniej wyraźnie wałęsają się tutaj nuty lasu, igieł sosnowych i żywicy. Mniam! Niewielkie cienie karmelu i lekko opiekanego słodu są tu natomiast bardzo fajnym tłem. Jeszcze bardziej w głębi, niemal na samym horyzoncie majaczą niewyraźne cienie olejku z bergamotki, kojarzące się z herbatą earl grey oczywiście. Rzecz jasna nie można zapominać o niezwykle urodziwej goryczce, która jest idealnie dobrana. Jej moc jest dość wysoka, ale nie ma tu mowy o wykręcaniu języka na lewą stronę. Posiada ona ładny żywiczno-grejpfrutowy sznyt. Jest krótka, bardzo szlachetna i stanowcza. Robi co trzeba i szybko chowa się w krzaki. Piwo jest nader rześkie, odpowiednio wysycone i bardzo smaczne.

piątek, 23 września 2016

WSZYSTKO CO POWINIENEŚ WIEDZIEĆ O LEŻAKOWANIU PIWA



Piwny Janusz: Stary, twierdzisz że piwo można leżakować jak wino?
Ja: Oczywiście kolego!
Piwny Janusz: Nie pierdziel. Niemożliwe. To nie zepsuje się jak data wyjdzie?
Ja: Spokojna twoja rozczochrana. W dupie żeś był i gówno żeś widział. Pij sobie dalej te korposiuśki. Zaraz wszystko wyjaśnię.


Piwem interesuję się od ponad dziesięciu lat. Od ponad czterech prowadzę tego bloga. Na pewno nie jest mistrzem w tym temacie, no ale powiedzmy, że trochę wiedzy liznąłem ;) Jak wiecie szczególnym umiłowaniem darzę wyraziste portery bałtyckie oraz inne mocarne i tęgie trunki. Ślinię się jak dzieciak na sam widok czarnego jak smoła RISa, czy Baltic Portera. Od kilku lat natomiast zgłębiam temat leżakowania piwa, głównie porterów właśnie. Mam sporego hopla na tym punkcie. Postanowiłem zatem napisać mały przewodnik odnośnie tego tematu, w którym chciałbym przekazać Wam moją dotychczasową wiedzę i moje spostrzeżenia. Do dzieła.

Allee o soo chooziii…???

W rzeczy samej niektóre gatunki piwa można leżakować. Są zupełnie jak wina – im starsze tym lepsze. W tym miejscu muszę jednak wspomnieć, że jakieś 90% win dostępnych u nas na rynku nie nadaje się do leżakowania. Wiem, amatorzy ‘jaboli’ będą pewnie zawiedzeni. Ale niestety - tak jak nie zrobisz z Tico Ferrari (pozdro dla kumatych), tak z Fresco nie zrobisz Château Pétrus. O leżakowaniu wina i whisky wydano już pewnie z tysiąc książek, napisano z milion artykułów i zajmuje się tym hobbistycznie co najmniej połowa milionerów na świecie (a jest ich niemało). O leżakowaniu piwa natomiast wiadomo niewiele, bo ludzie myślą, że piwo szybko się zepsuje. Mają w tym trochę racji, ale na szczęście tylko trochę.
Chodzi mi tutaj o naprawdę długoletnie leżakowanie typu dziesięć, dwadzieścia, czy pięćdziesiąt lat. Piwo wśród alkoholi niesłusznie jest traktowane po macoszemu, jako bieda-trunek. Od wieków to wino było uznawane za trunek bardziej szlachetny, godny wznoszenia toastów, itepe, itede. W związku z tym leżakowanie piwa to wciąż temat  nie do końca odkryty, niewyeksploatowany. Zapewne bardzo niewiele osób na świecie zajmuje się na poważnie długoletnim leżakowaniem piwa, a jeśli nawet to raczej nie publikują oni wyników tych doświadczeń. Po prostu mało kto bawi się w tego typu „eksperymenty”. Mimo to pewne fakty są jednak powszechnie znane i to nie do dzisiaj.


Jakie piwa warto leżakować?

To jest pytanie podstawowe. Tak samo podstawowe jak: „co było pierwsze, jajko czy kura?” Generalnie do długiego przebywania w samotności najlepiej nadają się piwa mocne i ciemne, w których chmiel nie odgrywa większego znaczenia (chmiel źle znosi upływ czasu). Przyjmuje się, że piwo takie musi mieć co najmniej 7-8% alkoholu. Idealnymi do leżakowania piwami są porter bałtycki, Belgian Dark Strong Ale oraz Russian Imperial Stout, czyli popularny RIS. Od biedy możemy posłużyć się też jego słabszym bratem, czyli Foreign Extra Stoutem. Dość dobrze leżakowanie znosi też Barley Wine i Old Ale, choć nie są to piwa czarne. Tu trzeba jednak zaznaczyć, że chodzi o klasyczną, angielską wersję BW. American Barley Wine z racji wyraźnego chmielowego charakteru nie będzie idealnym lokatorem naszej piwnicy. Upływ czasu dobrze zniesie też koźlak podwójny (Doppelbock), szkockie Wee Heavy oraz belgijski Quadrupel, gdyż ich woltaż nieraz przekracza nawet 10% alko, a ich barwa jest zazwyczaj półciemna (bursztynowo-brązowa).
Dłużej można potrzymać też belgijskiego Tripla – ma jasną barwę, ale to bardzo mocne piwo. Poza tym z biegiem lat zmienia swój charakter, dzięki refermentacji w butelce. Z tego samego powodu kandydatem do leżakowania może być też Dubbel. Piwnego orgazmu zapewne po nim nie dostaniesz, ale doświadczenie może być ciekawe. Odrębną kategorią są piwa na dzikich drożdżach (różnego rodzaju lambiki, Flanders Red Ale, Oud Bruin), które przez lata potrafią zmieniać swój charakter jednocześnie nie psując się.

Po co to całe leżakowanie?

Poco, to się nogi nocą. Piwo leżakuje się, aby było lepsze! Leżakowanie to inaczej starzenie się piwa. To szereg skomplikowanych reakcji chemicznych, z których najważniejszą rolę odgrywa utlenianie. Każde piwo się utlenia. Czy tego chcemy, czy nie. Problem w tym, że jasne i lekkie piwa utleniają się w niefajny dla nas sposób. Mokry karton, koci mocz, czy akcenty miodowe w rześkim pilsie nikogo raczej nie wprawią w błogi nastrój. Co innego piwa ciemne. 

środa, 21 września 2016

TYSKIE NIEPASTERYZOWANE CHMIELONE NA ZIMNO



ALK.5%. Nowe Tyskie Niepasteryzowane Chmielone Na Zimno. Chwalo to w tych internetach i chwalo. Może nie wszyscy, ale większość. Czyżby blogerom się już we łbach poprzewracało? Co prawda jeszcze nikomu Kubotów z nóg nie zerwało, ale ludzie mówią, że to dość dobre piwo. Ja jednak ludziom nie ufam. Sam muszę się przekonać, by mieć swoje zdanie.
Kompania Piwowarska w stosunku do pozostałych koncernów wciąż pozostaje w tyle. Nie ma w ofercie ani jednego piwa, którego bez żenady mógłby się napić typowy beer geek. Ba, nie ma nawet porteru bałtyckiego w ofercie. A inni mają. No, a teraz wypuścili nowy wariant Tyskiego. Naprawdę piwo niepasteryzowane to obecnie szczyt błyskotliwości i wyczucia trendów! Jak kurna oni na to wpadli? Spryciarze jedni! ;> Nie dość, że niepasteryzowane, to jeszcze chmielone na zimno. Wow! To musi być sztos. Może do tej pory nie wiedzą, że Carlsberg Polska wpadł na to już ponad dwa lata temu….
Na początku nowy Tyskacz był oferowany tylko w Biedrze, ale teraz można go już kupić prawie wszędzie. O dziwo nieraz nawet taniej niż w popularnej stonce :D


Rzeczone piwo nalewa się z pokaźną białą czapą. Piana jest wysoka, drobna i puszysta, choć trochę za szybko się dziurawi. Jej żywot jest przeciętny, ale za to lacing robi wrażenie! Na szkle można podziwiać piękne firany, koronki, stringi, czy co tam kto widzi. Piwo jest klarowne i złociste, ale tu przecież standard.
Biorę pierwszy łyczek. Biorę drugi. Kurde pustka. Trochę herbatnikowej słodowości, lekki kwasek i nieco trawiastych naleciałości. Czy jest chmiel? Jeśli masz wyobraźnię siedmiolatka, to może coś tam wyczujesz, ale jeśli jesteś dorosłym, w miarę świadomym i doświadczonym przez los mężczyzną, to nawet się nie wysilaj. Chyba, że chcesz szukać wiatru w polu. A co z goryczką? Ona nigdy nie była i chyba nie będzie domeną wielkich piwnych molochów. Nie inaczej jest tym razem. Goryczka jest znikoma jak uzębienie mojej babci. Niczym nie różni się od innych korpolagerów.

poniedziałek, 19 września 2016

PSZENICZNIAK



ALK.5%. Dawno nie piłem pszeniczniaka, typowego niemieckiego Hefe-weizena. Ciągle wlewam w siebie tylko te RISy, ipy-sripy, albo inne nowofalowe wynalazki, nad którymi muszę mlaskać i cmokać. Już mnie gęba boli od tego cmokania. Dlatego dzisiaj postanowiłem to zmienić. Czas wrócić do klasyki, do korzeni jak to mówią. Bawarskie Weizeny należały kiedyś do moich ulubionych piw. W sumie to nadal je lubię. W czasach, gdy nie  było w naszym kraju piw nowofalowych człek jarał się na przykład takim oto pszeniczniakiem. Na samą myśl, że możesz się napić czegoś innego niż korposiki, ślinka ciekła do samej ziemi. A dziś się tym beer geekom na tyle w mózgach poprzestawiało, że co niektórzy wręcz gardzą piwami bez jankeskich lupulin w składzie. Ja nie gardzę, bo jestem człowiek sentymentalny i bardzo szanuję tradycję oraz wszelakie dziedzictwo kulturowe.
Tak więc dziś tematem przewodnim jest Pszeniczniak z Browaru Osowa Góra. Klasyczne piwo pszeniczne w stylu Hefe-weizen


Napitek nalewa się z dość obfitą i drobną pianą, która umiarkowanie długo pozostaje przy życiu. Może nie aż tak długo jak żółw olbrzymi, ale wystarczy by oko nacieszyć. Lacing nie jest za specjalny, ale szczerze mam to gdzieś. Kolor piwa natomiast jest podejrzanie ciemny jak na tego typu piwo. Ze szkła spogląda na mnie jasno bursztynowy trunek, wpadający nawet w lekki brąz. Dziwne.
Popodniecałem się już wyglądem, to teraz czas podniecić się smakiem. A w smaku w rzeczy samej jest całkiem dobrze. Piwo jest słodkie, ale to przecież normalka. Pszeniczna słodowość dominuje i świetnie współgra z nutami biszkoptów, herbatników oraz drożdży. Całość jest też delikatnie kwaskowa, co przekłada się na relatywnie sporą rześkość. W dalszej kolejności na scenę wkraczają dojrzałe banany, subtelnie okraszone cieniami goździka. Nie ma go tu dużo, ale bez wątpienia da się go wyłapać. Piwo jest dość gładkie, lekkie i dobrze wyważone. Wysycenie jest przeciętne i mogłoby być nieco wyższe, ale to w sumie pikuś.

sobota, 17 września 2016

JAGIEŁŁO PILS



ALK.5,1%. Końcówka lata obdarowała nas przepiękną pogodą. W dalszym ciągu możemy cieszyć typowo wakacyjnymi temperaturami. Dzięki temu w dalszym ciągu mam ochotę na lekkie i pijalne napitki. W ostatnich dwóch postach była mowa o pilsach, więc postanowiłem pociągnąć ten wątek jeszcze dalej.
Mam w zanadrzu jeszcze jednego pilsa, tym razem od Jagiełły. Spoko, spoko, koleś już dawno wącha kwiatki od spodu. Chodzi o Browar Jagiełło z Lubelszczyzny dawno przeze mnie nie eksplorowany. Odkąd piłem coś od niech wiele wody w Wiśle upłynęło, wiele dziewic zaszło w ciążę i wiele łapówek przyjęli nasi posłowie. Nigdy nie byłem fanem Jagiełły. Kiedyś mieli takie małe śmieszne buteleczki. Teraz jak widzę są chyba tylko typowe półlitrówki, oklejone wcale nie najgorszą szatą graficzną. Do tego dochodzi firmowy kapsel. Widać, że zaczęli zwracać uwagę na opakowanie (zobaczcie jak wcześniej wyglądały ich piwa). Mam nadzieję, że pociągnęło to za sobą również poprawę tego, co znajduje się w butelce. 


Jagiełło Pils ma nienajgorszą prezencję. Piwo jest złociste, idealnie klarowne. Spowija je średnio wysoka czapa białej, ale dość grubej piany, która opada raczej w szybkim tempie. Może nie tak szybko jak w coli jakiejś, no ale kwestia ta pozostawia wiele do życzenia.
Wygląd nie jest jednak tak ważny, gdy piwa możemy się napić. Wziąć go do ust i spróbować. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. W smaku piwo jest wyraźnie słodowe, pełne, biszkoptowe, a nawet lekko karmelowe! No, pilsa z tego nie będzie, ale nie jest tak źle. Wad jako takich nie stwierdziłem. Gdzieś tam w oddali majaczy nawet szczątkowa chmielowość i nieznaczne zboża. Całość jednak jest zbyt słodka i słodowa. W zasadzie smakuje to jak lepszego sortu koncerniak (istnieje taki?). Chmielowej goryczki jest tutaj tyle, co kot napłakał, czy skunks jakiś.

poniedziałek, 12 września 2016

BYDGOSKIE SESYJNE



ALK.5%. Znowu będzie o pogodzie. Kto bardziej wrażliwy, niech zacznie czytać od końca, albo niech zmarszczy freda ;p
Cudownie piękna aura do Polski zawitała. Aż chcę się żyć. Słupki rtęci dochodzą do 30 kresek, a ja czuję się jak ryba w wodzie. Jajka się pocą, ale to nic. Ważne, że w takie dni bardziej legalnie niż zwykle mogę pić piwo. Żona raczej już nie krzyczy: znowu żłopiesz to piwsko?! Wiadomo, że trzeba się nawadniać, dużo pić. Ale ja wody nie tykam, bo to nie ma żadnego smaku. Generalnie to jestem zdania, że woda to jest dla zwierząt. My ludzie, pijemy piwo ;)
Tak więc dziś nawodnię się pilsem o wszystko mówiącej nazwie Bydgoskie Sesyjne. Miałem je zdegustować w ramach „Tygodnia z Browarem Osowa Góra”, ale tydzień ma tylko siedem dni, a piw miałem osiem. Czas to nie guma od majtek, że się rozciągnie. 


Przelewam tego pilsa i oglądam. Piwo jak piwo – jasno złota barwa, spora czapa białej i puszystej piany o drobnych pęcherzach. Fajnie, że piana jest trwała. Opada naprawdę wolno, wyraźnie brudząc przy tym szkło. Aż ślinka cieknie.
Biorę pierwszy łyczek. Smakuję, mlaskam i oblizuję wary. No niezłe piwko. Rześkie, lekko chmielowe, lekko słodowe z wyraźną i mocną goryczką na finiszu. Chmielowo-ziołowa goryczka jest odrobinę szorstka i trochę zalega na podniebieniu, ale da się z tym żyć. Tak wyrazistej goryczy właśnie mi brakowało ostatnio w Leżajsku. Bydgoskie Sesyjne dobrze wchodzi, jest pijalne i lekkie w odbiorze. Jednym słowem – daje radę.