piątek, 14 października 2016

KOMES RUSSIAN IMPERIAL STOUT




Browar Fortuna huknął jak z armaty. Na pewno nikt nie spodziewał się takiego zagrania z Miłosławia, no chyba, że Twoim kumplem jest Tomasz Weinert. Dwa nowy portery bałtyckie to pikuś przy dzisiejszym towarzyszu. Z nim naprawdę nie ma już żartów. To nie jest petarda, to po prostu jest bomba jakaś. Komes Russian Imperial Stout o mocy, aż 12 voltów! Jedno z najmocniejszych polskich piw na rynku. Ze trzy takie piwa i człowiek odlatuje. Traci zmysły, bierze kciuk do buzi i zwyczajnie idzie lulu. Poważnie. Nawet Pudziana by poskładało. Taka sytuacja.
Internety jednak nie znają litości, nawet nad takim piwem. Niechcący czytałem kilka opinii o tym RISie. Niewiele, może ze dwie lub trzy, ale kurde wszystkie były zgodne jak jeden mąż. Zarzucano mu wyraźną alkoholowość oraz nieułożony charakter. Podobno piwo wali spirytem i farbą emulsyjną na kilometr. Dziwne to trochę, bo ponoć specyfik ten leżakował sobie w browarze, aż przez pół roku. Równe sto osiemdziesiąt fucking days! I że to niby na darmo było?! Zobaczmy.


Zrywam kapsel (gumowcem) i przelewam. Cykam fotkę blenderem (bo tym umiem najlepiej) i oglądam. Piwo jest czarne jak smoła, jak noc, albo jak dupa nosorożca – wybierzcie sobie. Nawet nie patrzyłem pod światło, bo i tak wiedziałem, że jest totalnie nieprzejrzyste. Góruje nad nim dość spora piana. Drobna, beżowa i puszysta. Jej trwałość raczej jest przeciętna, podobnie jest z lejsingiem.
Biorę pierwszy łyczek, potem drugi. Bardzo solidne piwo. Dosyć gęste, gładkie, złożone i esencjonalne (nie wiem, co to znaczy, ale wyczytałem to na kontrze ;p). Jest sporo kawy i prawdziwej gorzkiej czekolady. Zupełnie jakbym maczał tabliczkę ciemnej czekolady w świeżo zaparzonej kawie (bez mleka). Dalej mamy wyraźne pokłady palonego słodu i nieco mniej wyraźnego przypalonego karmelu. W tle cichutko siedzi sobie palony jęczmień, szczypta suszonej śliwki i popiołu. Finisz został naznaczony umiarkowanej mocy goryczką o przyjemnie kawowo-palonym rodowodzie. Goryczka jest w miarę krótka, choć z biegiem czasu odrobinę zaczyna zalegać. Zaraz, zaraz, a gdzie ten rzekomy, lejący w mordę etanol? Gdzie farba emulsyjna? Nic z tych rzeczy lejdis end dżentelmens. Owszem, piwo ma wyczuwalny lekki posmak alkoholowy, ale nie róbcie sobie jaj! Etanol trochę grzeje w gardełku, ale nie ma w tym elemencie żadnej tragedii. Przypomina on bardziej jakiś niezły likier niż ruski spiryt przywożony z Ukrainy w beczce po kiszonych ogórkach. Żadnej farby też tu nie czuję, nawet lateksowej. Żadnego Duluxa, czy innego Nobilesa.

A co tam Panie piszczy w aromacie? Szefie też jest dobrze! Zapach jest intensywny i także bogaty w doznania. Pierwsze skrzypce gra tutaj nieźle zgrany duet czekolady deserowej i suszonych owoców. Głównie śliwki, choć jak dobrze poszukasz, to i rodzynka się znajdzie. Tuż za nimi drepcze łagodna kawusia, palone słody oraz likier owocowy. W roli tła występują w tym spektaklu akcenty cukru kandyzowanego i czekoladek w formie pralin (raczej tych z wyższej półki). Ponownie farby emulsyjnej, ani żadnej innej nie odnotowałem. Alkohol także został tutaj dość dobrze ukryty. Co jedynie lekko muska moje nozdrza, w żadnym wypadku ich nie zatykając. Jeśli ktoś przy dwunastu procentach spodziewał się zapachu dark lagera, to niech spoczywa w pokoju. Amen.
RIS od Fortuny to naprawdę kawał bestii. Ciecz jest średnio treściwa (słodkawa), gęstawa, choć nie tak wyklejająca, jak sugerowałby potężny ekstrakt. Do tego jest gładka, okrutnie pełna w smaku, wielowarstwowa i złożona. 25°Plato robi swoje. Balans radzi sobie całkiem dobrze. Goryczka też jest niezła, choć w miarę ogrzewania się piwa zaczyna trochę tracić na wartości. Nie będę pisał tu o pijalności, bo przy takich parametrach nie chodzi wcale o pijalność. Powiem krótko – mimo olbrzymiego woltażu piwo wchodzi nawet nieźle. Może nie obalisz go w pięć minut, ale pół godziny w zupełności wystarczy. Alkohol wcale nie jest taki straszny, jak go co niektórzy malują. W aromacie rozchodzi się po kościach, niczym kuksaniec od młodszej siostry. W smaku piwo też zbytnio nie męczy. No, może jedynie pod sam koniec, gdy we łbie już trochę szumi ;) Opowieści o Duluxie, można natomiast między bajki włożyć. Dokładnie pomiędzy Reksia, a Bolka i Lolka.
Przechodząc do meritum, mimo oczywistych zalet z pewnością nie jest to najlepszy RIS na rynku (choć na pewno najtańszy). Chyba nawet nie załapie się do pierwszej dziesiątki. Nie mniej jednak wciąż jest to dość dobre piwo, zwłaszcza mając na uwadze zabójcze dla zwykłych śmiertelników parametry. Czas z pewnością mu jeszcze posłuży. Jeszcze z rok lub dwa w czeluściach piwnicy, a będzie rwało papę z dachu. Czuję to :D
OCENA: 7/10
CENA: 6.70ZŁ (Skład Piwa)
ALK.12%
TERMIN WAŻNOŚCI: 08.09.2019
BROWAR FORTUNA

3 komentarze:

  1. Staram się być na bieżąco z rodzimymi Risami - w wersji klasycznej (czyli bez Ameryki) to jeden z moich ulubionych stylów. Chyba tylko portery lubię bardziej.
    RiS od Komesa jest całkiem spoko - jasne, to nie Baphomet, ale całkiem przyjemne piwo. A przy tym nie gwałci portfela. I jest łatwo dostępne.

    JA tam specjalnie mocnego łba nie mam. Ale obudzić się z kacem po jednym piwie to już przegięcie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie pyszne i cena przystępna 6,99 ludzie kupujcie bo warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pełni się zgadzam. Do leżakowania będzie jak znalazł :)

      Usuń