poniedziałek, 22 sierpnia 2016

MR. HARD


Dziś na tapecie piwo szczególne i wyjątkowe. Prawdziwy rarytas, klasyk wśród rodzimych piw. Coś jak Ford Mustang  w świecie motoryzacji, Barbie wśród lalek, jak muzyka Beethovena, czy obrazy Leonarda da Vinci. Nie ma chyba w piwnym krafcie osoby, która nie słyszałaby o słynnym Mr. Hard z Pracowni Piwa. Trunek powstał już dość dawno temu. Tak dawno, że wówczas jeszcze zdecydowana większość obecnie istniejących browarów nie była nawet w planach ich właścicieli. Na szczęście Pan Twardowski to nie jednorazowy wybryk, tylko piwo, które co jakiś czas pojawia się na rynku, ciesząc michy wszystkich kraftopijców.
Mr. Hard to pierwszy w kraju Barley Wine. Nie ma tu żadnych ekscytujących dodatków, marsjańskich przypraw, czy chmieli uprawianych w tajnych bazach po ciemnej stronie Księżyca. Tylko woda, słód, jeden amerykański, jeden brytyjski chmiel i drożdże. Po prostu wino jęczmienne. Proste, niemalże klasyczne, szablonowe, wręcz konserwatywne. Potrafi jednak powodować szybsze bicie serca, a u niektórych niekontrolowany ślinotok. Czy specjał ten wart jest swojej horrendalnej ceny i owianej nim legendy? Czy obecnie wyróżnia się czymś na tle kilkunastu krajowych barli łajnów, a jego wyjątkowość to zwykły bullshit? Zaraz się przekonam. 


Otwieram i przelewam. Rzeczony napitek wygląda bardzo zacnie. Piana jest niewysoka, ale drobna i puszysta, koloru ecru. Opada w średnim tempie. Barwa piwa jest przecudna! Wyraźnie rubinowo-wiśniowa z lekkim przebłyskami miedzi. Do tego jest klarowna. Całość wygląda nader apetycznie. Rzadko ma się okazję oglądać takie piwa.
Czas chwycić diabła za rogi. Ciecz jest dość gęsta, lepka i słodkawa. Typowo słodowe klimaty dominują. Towarzyszy im morze karmelu, opiekanego pieczywa, podsyconego lekkim muśnięciem toffi. Nieco w głębi pojawiają się suszone owoce oraz nuty likieru owocowego, który jest jedynym świadectwem obecności alkoholu w tym piwie. Etanol jest bardzo szlachetny i ułożony, lekko piecze i grzeje w przełyku, ale nic ponadto. W tle i na finiszu spotykamy chmielowo-ziołową goryczkę, która jest umiarkowanie mocna, krótka i niezalegająca. Bardzo sprawnie kontruje słodową podbudowę. Wyjątkowo smaczny i złożony to napitek. Wybitnie degustacyjny. Grzechem byłoby go wypić „na hejnał”.

A w aromacie? Mhmmm… Prawdziwe Bizancjum. Zapach jest okrutnie intensywny i cudownie obezwładniający. Ponownie dominuje w nim słodowa nuta. Potężna, gładka i bogata. Lekko opiekana, mocno karmelowa, po części też tostowa, ale jest tu coś jeszcze. Coś słodkiego, jakby cukier kandyzowany lub melasa. W tle siedzą cichutko rodzynki i suszone śliwki, podsycone alkoholem, który już nie jest tak świetnie ukryty jak w smaku. Nie mniej jednak jakoś szczególnie nie przeszkadza. Wywołuje skojarzenia z likierem, podobnie jak to miało miejsce w smaku. Bardzo fajnie się to wącha. Lepsze to nawet niż ulubiony rosołek mamusi.
Mr. Hard to niezwykle złożone, wielowymiarowe, mocne, solidne  i dziarskie piwo dla prawdziwych twardzieli. 25% ekstraktu nie w kij dmuchał. Ciecz jest gęsta i powoli snuje się po przełyku. Mimo wyraźnej dominacji słodowych klimatów piwo nie jest za słodkie. Wszystko dzięki sprawnej i wyczuwalnej goryczce, która doskonale wywiązuje się ze swej roli. Pełnia smaku także w najwyższej formie. Pan Twardowski powala paletą doznań oraz ich intensywnością. Wszystko fajnie do siebie pasuje i zna swoje miejsce w szeregu.
Faktycznie piwo jest bardzo smaczne, ale trzeba je pić z rozwagą. Mała buteleczka 0.33L, a już robi szum w głowie ;>
Mogę zrobić mały ukłon w stronę legendy, lecz mam świadomość, że w tym kraju istnieją już (choć nie jest ich wiele) lepsze Barley Wine. Wciąż jestem pod dużym wrażeniem, ale papy z dachu mi nie zerwało. Klapki także pozostały na swoim miejscu. Po prostu coś co kiedyś było szczytem ekstrawagancji i splendoru, dzisiaj stało się rzeczą codzienną. Tak jest niestety ze wszystkim.
OCENA: 8/10
CENA: ok 20ZŁ
ALK.10%
TERMIN WAŻNOŚCI: 25.03.2017
PRACOWNIA PIWA

3 komentarze:

  1. Hmmm... a które BW masz na myśli? Pytam, bo chętnie spróbuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Choćby ABW Grand Prix z Pinty, czy Hard Bride z AleBrowaru. Lepsze też było któreś od Doctorków leżakowane w beczce, ale nie pamiętam już które dokładnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ok - ABW od Pinty faktycznie świetne, ze sznytem chmieli nowofalowych. Ale Hard Bride?? O kurczę, chyba musiały mi się trafiać wyjątkowo słabe warki, bo w życiu bym ich nie zestawił z dwoma poprzednio wymienionymi piwami :/ Męczący alkohol, stosunkowo mało ciała, baza słodowa wyczuwalna przeciętnie, w ciemno mógłbym pomylić z Imperialną, ewentualnie Potrójną IPA...

    OdpowiedzUsuń