niedziela, 3 maja 2015

VI WROCŁAWSKI FESTIWAL DOBREGO PIWA


Wczoraj późnym wieczorem wróciłem z Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa i póki wrażenia mam świeże, muszę Wam co nieco skrobnąć na temat tego największego piwnego festiwalu made in Poland.
Mimo, że mój udział w tej niesamowitej imprezie ograniczał się tylko do 6 godzin, to i tak czuję się ukontentowany tym, co tam zobaczyłem i czego doświadczyłem. Ogrom i rozmach Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa jest naprawdę niesamowity. W tym roku teren imprezy zlokalizowany był w zasadzie na całej esplanadzie otaczającej Miejski Stadion we Wrocławiu (rok temu tylko na połowie). Miejsca do szwędania się z piwem w ręku było naprawdę dużo, co zresztą poniekąd odczuły też moje nogi.

Na miejsce dotarłem kwadrans po godzinie jedenastej, gdy jeszcze teren świecił względnymi pustkami, co mi się zresztą podobało, bo mogłem sobie spokojnie obejść cały teren i piu meno zlokalizować co ciekawsze przybytki. Gdyby się okazało, że moja pamięć jest zawodna, miałem w zanadrzu informator, a w nim mapkę z lokalizacją wszystkich stoisk.
Pogoda była nawet niezła, co prawda nie było zbyt ciepło (ciężko było rozstać się z kurteczką), ale generalnie nie wypada mi na nią narzekać. Chwilami, gdy słoneczko mocniej przygrzało – robiło się całkiem przyjemnie. 


Mały i dość szybki rekonesans utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem w raju. W piwnym raju. Oczopląs, wywalone gały i język na brodzie gwarantowane! Nie będę rzucał tutaj liczbami wystawiających się browarów, czy ilościami oferowanych piw (bo po prostu ich nie znam), ale naprawdę było w czym przebierać. Z pewnością ktoś, kto się na co dzień piwem nie interesuje, nie zna browarów i gatunków piwa, mógł czuć się zagubiony niczym Dorotka w Krainie Oz. 


Przed imprezą nie zrobiłem sobie żadnej listy piw do upolowania, gdyż wolałem iść na żywioł. Zresztą przy moim dość skromnym budżecie lista i tak nie byłaby długa. Po staniu się szczęśliwym posiadaczem festiwalowego szkła typu Hamburg (były jeszcze dwa inne rodzaje) w końcu mogłem się czegoś napić. Troszkę jednak szczena mi opadła, gdy przyszło mi płacić za te festiwalowe cymesy. Wiem, że to nie sklep, a festiwal, że browary chcą zarobić, że głupi i ciemny lud wszystko kupi, ale ja nie! Mam własny rozsądek i ograniczone możliwości finansowe, toteż kilka razy musiałem sobie odpuścić degustację, by finalnie skosztować większej ilości innych piw. Gdyby tego nie robił, pół wypłaty byłoby nie moje, a nie mogłem sobie pozwolić na, aż taką nonszalancję. Między nami mówiąc ceny były naprawdę wysokie – od 5 do 10 zł za próbkę 200ml, a co poniektóre wynalazki np. Księżniczka Wiosny z Pinty, RIS i Barley Wine od Doctorków, czy wędzony porter z Gościszewa kosztowały w granicach 15, a nawet więcej nowych polskich złotych za 0,2 litra! Oczywiście ograniczałem się tylko i wyłącznie do tej skromnej pojemności, wszak głowa jest tylko jedna. Butelkowe piwa nie leżały w kręgu moich zainteresowań, ale zauważyłem, że zazwyczaj za zwykłe piwo (bez wędzenia, czy leżakowania w drewnie) trzeba się było liczyć z wydatkiem rzędu 10-12 PLN. Warto tu jeszcze odnotować, że oprócz standardowego pół litra i 0,2 niektóre stoiska oferowały także pojemność 0,33 za w miarę proporcjonalną ilość dukatów.



Nigdy na takich imprezach moim celem nie było i nie będzie szczegółowe opisywanie, tudzież robienie notatek z degustowanych piw. Nie inaczej było we Wrocławiu. Nie po to jadę na piwny festiwal, żeby skupiać się, marszczyć brwi, krzywić dzioba i dogłębnie analizować każdą zawartość Hamburga w tym przypadku. Oczywiście poniekąd staram się wyłapać niuanse zapachowo-smakowe, ale nigdy nie robię tego w takim stopniu jak w domu, gry robię recenzję na bloga. Z tego powodu nie przeczytacie tutaj za dużo o piwach przeze mnie skonsumowanych we Wrocławiu, ale o kilku pozycjach muszę wspomnieć, bo nadzwyczaj mnie one urzekły. I tak szczególnie zapadły mi w pamięci dwa piwa z Piwoteki: Zacny Zalcman w mało popularnym stylu Gose i Mawashi Geri (sushi IPA). Pierwsze było zanadto doprawione kolendrą i sumarycznie może trochę za mało słone, ale i tak robiło pierwszorzędne wrażenie. Drugie natomiast to IPA single hop Sorachi Ace z jakimiś wodorostami w składzie, gdzie robotę robiły nuty szczypiorku, koperku oraz cebuli. Dziwne piwo i pewnie dlatego mocno utkwiło mi w pamięci.

Do mojego gustu bardzo przypadło mi natomiast Azzacca doprawione nowym chmielem o tejże właśnie nazwie. Piwo mocno uwodziło swoim wyraźnym owocowym aromatem (mirabelka, renkloda, brzoskwinia, mango) i solidną goryczką. Do ciekawych i smacznym piw mogę również zaliczyć Alchemika (Wild IPA) z nowego wrocławskiego Browaru Profesja – poważnie mówię Wam, że jest to kawał świetnego i mocno owocowego IPA z intrygującymi wtrętami końskiej derki, siodła oraz siana.
Kwas Alfa (Sour Rye Pale Ale) z Pinty w kooperacji z TO ØL, to kolejny trunek, który zapamiętam na długo. Nie piłem zbyt dużo kwachów w moim życiu, ale po tym piwie chyba zostanę ich fanem – niespotykana pijalność, orzeźwiający kwasek i kwiatowo-owocowe niuanse nowozelandzkiego chmielu Green Bullet.
Równie oryginalnym napitkiem było belgijskie Funky Cherry (wiśniowe Sour Ale) z Szałupiw, które uwodziło wiśniowym smakiem i aromatem z subtelnym kwaskiem w tle. Gdyby był on nieco intensywniejszy i bardziej dziki, Funky Cherry mogłoby uchodzić za niezłego Krieka, choć i bez tego bardzo mi smakowało.
Piłem też całkiem sporą ilość piw, które również były dość smaczne, ale jakość szczególnie nie utkwiły mi one w pamięci, więc nie będę takowych wymieniał. Wymienię natomiast jedno, które wyraźnie mi nie podeszło, zwłaszcza, że oficjalnie firmowało ono cały festiwal. Mowa tu o Piwie Festiwalowym w stylu Dunkelweizen z Browaru Stu Mostów. Lubię ciemne pszenice, czego akurat nie mogę powiedzieć o tym wypuście, który cechował się nadmierną wodnistością i ogólnie mocno nijakim smakiem.



Teraz odpowiem na pytanie, które na długo przed imprezą nurtowało wielu festiwalowiczów z poprzedniej edycji. Czy były duże kolejki? Nie były, a przynajmniej w tych godzinach, w których ja byłem (11.30-17.30). Generalnie nie zauważyłem obrazka, jakoby ktoś czekał po piwo dłużej niż 10 minut. I mam tu na myśli oczywiście te bardziej oblegane stoiska, typu Pinta, AleBrowar, Widawa, czy Pracownia Piwa. Do mniej znanych podmiotów kolejki były czysto symboliczne, nie więcej niż 3-5 osób. Być może po osiemnastej szturm na stoiska był nieco większy, ale nie sądzę, żeby było jakoś tragicznie w tym aspekcie.



Niemal każdy zawsze powiada, że w piwie najważniejsi są ludzie, a na piwnych festiwalach szczególnie. Niestety jakoś tak się dziwnie złożyło, że we Wrocławiu o dziwo spotkałem stosunkowo mało znajomych twarzy. Mówię tu głównie o piwnych blogerach, (których spotkałem raptem czterech) bo rzecz jasna w tych kręgach się obracam. Być może nie wystarczająco się rozglądałem, może za bardzo skupiałem wzrok na kranach z piwem, może byłem tam za krótko, a może po prostu miałem pecha. Udało mi się za to zamienić parę słów z właścicielami kilku browarów, których już wcześniej znałem, chociaż rzecz jasna nie było to proste, bo zazwyczaj mieli oni ręce pełne roboty. Zapoznałem się też osobiście z Marcinem i Wojtkiem z debiutującej na festiwalu Fabryki Piwa, ale to akurat było już wcześniej zaplanowane.



Był to mój pierwszy (dacie wiarę?) w życiu wypad na Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa, ale już teraz z całą świadomością i odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie ostatni. Wszystko było tam bardzo profesjonalnie zrobione, zapięte na ostatni guzik, że tak powiem. Od ilości oferowanego piwa, po takie pierdoły jak WC, czy ogromna ilość stoisk z jedzeniem. Zapomniałem dodać, że były też jakieś wykłady, prelekcje i inne ciekawe eventy na scenie, ale na to już nie znalazłem czasu.
Naprawdę impreza powala rozmachem, wielkością i również samym miejscem. No bo jeśli nie jest się wielkim fanem Śląska Wrocław, to raczej rzadko ma się okazję wejść na ten piękny, wielki i nowoczesny obiekt, jakim jest Stadion Miejski we Wrocławiu. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz