środa, 28 grudnia 2016

ZAWIERCIE TRIP cz.II - BROWAR NA JURZE



Jak już wiecie 14 grudnia byłem w gościach w Browarze Jana w Zawierciu. Pooglądałem, zdjęć napstrykałem, piwa popiłem. Jednak to nie koniec atrakcji, które czekały na mnie tamtego dnia. Tak się składa, że dzięki uprzejmości pani Anny Bugała udało mi upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Bowiem prosto z Browaru Jana udałem się do Browaru Na Jurze :)
Rzutem na taśmę, dosłownie dzień przed wyjazdem dogadałem się mailowo z panią Anną, która od wielu lat pełni tam rolę głównego technologa/piwowara.

Zwiedzanie zaczęliśmy od długiej rozmowy przy gorącej herbatce. Nasza pogawędka miała oczywiście miejsce w firmowej „Karczmie u Stacha”, na której skupię się jednak na koniec wpisu, bo na pewno warto temu lokalowi poświęcić kilka zdań. 


Na początek krótki łyk historii. Browar Na Jurze to rodzinne przedsiębiorstwo Ewy i Stanisława Piątek, które powstało w 1997 roku na bazie dawnej mleczarni. Browar szczyci się własnym, głębinowym ujęciem wody oraz używaniem do produkcji tylko naturalnych składników. Moce produkcyjne wynoszą ok 20 tys. hl rocznie, więc jest to raczej niewielki browar. Pani Ania wielokrotnie powtarzała mi, że jest to firma typowo rodzinna. Prócz właścicielki, która obecnie zajmuje się głównie papierologią, pracują tu także jej dzieci – Monika, Joanna oraz syn (imienia nie znam). Za warzenie piwa odpowiedzialna jest głównie Asia oraz oczywiście pani Ania. Bardzo byłem ciekaw czyim dziełem są piwa z tymi różnymi dziwnymi dodatkami. Otóż jak mi powiedziano poszczególne piwa są efektem kreatywności różnych osób, ale szczególnie Moniki. Jak komuś wpadnie do głowy jakiś szalony pomysł, to jest on wówczas konsultowany z resztą załogi, a po akceptacji przez wszystkich następuje jego realizacja. Wspomniany syn o nieznanych mi personaliach, bodajże wykonuje jakieś prace biurowe. 




Główna technolog w zasadzie mówiła mi to, co sam mogłem sobie wygooglować z neta, więc postanowiłem zadać jej kilka niewygodnych pytań ;) Poruszyłem na przykład kwestię warzenia kwachów, z których przecież browar ten słynie. Większość browarów nie chce nawet słyszeć o bakteriach Lacto w swojej instalacji, natomiast moja rozmówczyni otwarcie powiedziała, że nie boją się zakażeń. W miarę możliwości starają się oczywiście fermentować i leżakować kwaśne piwa w tych samych tankach, ale jeśli trzeba to kwachy zajmują też inne zbiorniki. Źródłem sukcesu jest tutaj odpowiednia sztuka mycia i wyjaławiania tych zbiorników (węże, złączki i zawory do kwachów są oddzielne). Polega ona na starej szkole dezynfekcji za pomocą dymu siarkowego, który w przeciwieństwie do jakiejkolwiek cieczy dotrze do każdego zakamarka. Ot i cała historyja. Nie zmienia to jednak faktu, iż mimo sprawdzonej formy sterylizacji, załoga Browaru Na Jurze to odważni ludzie. Pani Ania przyznała, że nie zawsze piwo wychodzi zgodnie z ich założeniami, ale nie wiem, czy ma to związek z warzeniem kwachów w różnych tankach, czy może raczej z tym, że nie każda nowość jest w celach testowych wpierw warzona w warunkach domowych (Sic!)




Po ponad półgodzinnej pogawędce w końcu udaliśmy się do browaru sensu stricto. Bardzo cieszę się i dziękują pani Ani za poświęcony mi czas, bo widać było wyraźnie, że nie miała ona go zbyt dużo. Dosłownie musiałem za nią biegać między tankami, by nie zgubić jej z oczu. Dzięki czemu w zasadzie nie miałem chwili, by w spokoju zrobić jakieś sensowne zdjęcie. Nie zdążyłem się nawet dobrze rozejrzeć, a już było po zwiedzaniu :( Na szczęście browar w tym czasie pracował pełną parą (w przeciwieństwie do Jana), więc cudem udało mi się chociaż zajrzeć do kadzi zacierno-warzelnej, do której wartkim strumieniem sypał się słód. Zapach zacieranego słodu, zawsze wprawia mnie w błogi nastrój. Uprosiłem jeszcze mojego „przewodnika”, by choć na chwilę zajrzeć do leżakowni.

Ciasno tam jak cholera i bardzo zimno, bo jest to pomieszczenie klimatyzowane, a tanki nie mają płaszczów chłodzących. Co ciekawe warzelnia i fermentownia to jedno i to samo pomieszczenie. Generalnie w całym browarze jest raczej mało miejsca i trzeba nie lada sprytu, by sprawnie i szybko się tam poruszać. Tak się składa, że w momencie mojej wizyty swoich piw w Zawierciu doglądał Paweł Masłowski z Pinty, z którym także zamieniłem kilka słów. Niestety nie udało mi się dowiedzieć, co też nowego szykują słynni kontraktowcy.





Mimo, że browar jest w ciągłym użytku, to trwa w nim spory remont. Niedawno dostawiono nową halę magazynową (ocieplany blaszak), a miejsce dawnego magazynu to obecnie istny plac budowy. Pomieszczenie to przechodzi gruntowny remont, gdyż niedługo stanie tam nowa linia rozlewnicza, bo ta obecna mówiąc oględnie, nie jest już szczytem współczesnej myśli technologicznej. Natomiast tam, gdzie teraz napełnianie są butelki i kegi będą dostawione nowe tanki fermentacyjne, bądź fermentacyjno-leżakowe (nie pamiętam, co dokładnie mówiła moja rozmówczyni). Tak więc browar się rozwija, inwestuje i powiększa. Nic tylko się cieszyć :D


Po szybkim przemarszu pomiędzy tankami udaliśmy się jeszcze na chwilę do biura pani Ani, gdzie uścisnąłem rękę synowi założycieli browaru. Następnie zostałem oddany w ręce wspomnianej już Moniki, która oprowadziła mnie po mniejszych i większych salach „Karczmy u Stacha”, a także dodała od siebie kilka faktów odnośnie funkcjonowania browaru. Na dole restauracji tuż przy wejściu znajduje się bar ze wszystkich butelkowymi piwami, jakie w danej chwili są w ofercie browaru. Sam bar to jednak pikuś, przy całej reszcie. Ten lokal rodzi naprawdę niesamowite odczucia! Ma się wrażenie jakby człowiek cofnął się w czasie do średniowiecza, epoki Króla Artura i rycerzy Okrągłego Stołu. Ogromnych rozmiarów, stalowe, rzemieślniczo wykonane żyrandole; działający piec chlebowy; ręcznie rzeźbione stoły i krzesła z dech grubszych niż moje przyrodzenie; a w niektórych salach kamienne sklepienia, które wnoszą typowo jaskiniowe klimaty. Coś pięknego i wspaniałego. Wszystko jest tu dopracowane w najmniejszych szczegółach. W pewnej części restauracji panuje nieco nowocześniejszy wygląd, który też jest całkiem wporzo. W największej sali jest specjalnie wydzielone miejsce dla orkiestry, czy innych grajków, bowiem organizowane są tu na przykład wesela, komunie, chrzciny, różne koncerty i inne uroczystości. Koniecznie tu zajrzyjcie, gdy będziecie kiedyś w Zawierciu. Warto.
Na piętrze natomiast już od dłuższego czasu budowana jest baza hotelowa oraz SPA (będzie również piwne SPA!). Kompleks robi naprawdę olbrzymie wrażenie, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz.










Jak pewnie żeście się już spostrzegli z browaru wyszedłem ‘o suchym pysku’. Nie poczęstowano mnie żadnym piwem. Nie ubolewałem jednak jakoś strasznie z tego powodu, wszak byłem kierowcą. Ogólnie rzecz biorąc wizytę w Browarze Jana uznaję za dość udaną. Rozmawiałem z dwiema ważnymi tam postaciami i dowiedziałem się kilku pikantnych szczegółów. Doceniam poświęcony mi czas i to jeszcze w trakcie sporego remontu, gdzie dookoła – prócz pracowników browaru – krzątają się jeszcze budowlańcy.
Browarze Na Jurze wielkie dzięki! :)

1 komentarz: