sobota, 24 lutego 2018

MOJA PIWNICZKA: PONAD 4-LETNI IMPERATOR BAŁTYCKI



"Moja Piwniczka" to regularny cykl degustacji porządnie wyleżakowanych piw (minimum 4-letnich), które pojawiają się na blogu mniej więcej raz na miesiąc w okresie jesienno-zimowym.

Póki zima to trzeba jechać z ciemnymi mocarzami. Tym bardziej trzeba eksplorować cykl „Moja Piwniczka”, bo wychodzi na to, że jest to już przedostatni wpis z tej serii w tym sezonie. Ale spójrzcie, co dzisiaj dla Was przygotowałem! Słynny porter bałtycki na sterydach od równie słynnej Pinty :)
Imperator Bałtycki, gdy pojawił się na rynku pod koniec 2013 roku z miejsca stał się piwem kultowym i wysoce pożądanym. Z perspektywy czasu można go chyba porównać do Imperium Prunum, choć cechował go zupełnie inny poziom cenowy (wtedy w ogóle kraft był jeszcze stosunkowo tani, a 10zł za piwo było psychologiczną barierą, ciężką do zaakceptowania dla niemal każdego beergeeka). Mimo to na piwo był hype jak na nowe filmiki Sashy Grey ;) Nigdy wcześniej piwna gawiedź niczego takiego nie piła, bo trzeba pamiętać, że wówczas były to początki piwnej rewolucji w Polsce. Imperialny porter bałtycki na amerykańskich chmielach wywołał sporą burzę na piwnych portalach oraz blogach. Przyjął się jednak znakomicie, bo to naprawdę było znakomite piwo! Zresztą wciąż jest, bo Pinta co jakiś czas go powtarza. Ciężko jednak powiedzieć, czy smakuje to równie nieziemsko jak pierwsza i druga warka, które tak wszyscy chwalili.
Gdy je piłem kilka lat temu piwo wydarło mnie z butów doszczętnie, a szczeny przez pół godziny nie mogłem pozbierać do kupy. 10/10 zdarza mi się dać niezwykle rzadko, ale Imperator Bałtycki z pewnością zasłużył na maksymalną notę! Dziś naprawdę może być ciekawie, bo mam przed sobą ponad czteroletni egzemplarz z drugiej warki. I to może być sytuacja kuriozalna, bo generalnie większość piw wraz z leżakowaniem zyskuje, a przynajmniej tak głosi teoria. Ale powiedzcie mi, skoro już świeża wersja była ideałem, była piwem kompletnym i rozpierdalającym system na strzępy, to leżakowanie może takiemu delikwentowi wyjść tylko na niekorzyść. Bo skoro nie może być już lepsze (nie mogę dać wyższej oceny), to może być tylko gorsze… Ewentualnie jego nota pozostanie bez zmian. Oczywiście nie ma szans, by jego smak i aromat się nie zmienił. Trzeba pamiętać o nowofalowym chmieleniu, któremu czas jak wiecie nie służy.
Jak widzicie moje rozkminy się tylko mnożą, ale po to właśnie powstał cały ten cykl – żeby zbadać merytorycznie, doświadczalnie, czy całe to leżakowanie mocnych piw ma sens. Aby się dowiedzieć ile procent i jakie piwa zyskują, a jakie tracą na długim pobycie w odmętach ciemnej i chłodnej piwnicy. W końcu, by samemu stwierdzić jak mocno i pod jakim kątem się zmieniają.

Producent
Browar Pinta
Termin ważności
20.11.2014
Wiek (miesiące)
51
Zawartość alkoholu (%)
9,1
Ekstrakt (°Blg)
24,7

Czteroletnie piwko w TeKu wygląda elegancko i wytwornie. Jest bardzo ciemne, niemal czarne i klarowne, a wieńczy je olbrzymich rozmiarów czapa o beżowej barwie, zbitej, drobnej i zwartej strukturze. Piana jest cholernie długowieczna i ładnie lepi się do szkła. Coś pięknego! :D


No to siup w ten głupi dziób! Czuję amerykańców! Dacie wiarę? Po tylu latach. To jest naprawdę niesamowite odkrycie. Oczywiście nie jest to pierwszy plan, ani nawet drugi, ale z pewnością moje zmysły doszukały się zwiewnej cytrusowości oraz mega przyjemnej żywicy w posmaku. Generalnie całe piwo jest wciąż cholernie gorzkie (przypominam – 109 IBU!). Goryczka jest wypadkową skórki grejpfruta, żywicy i palonego słodu o wyraźnym kawowym zacięciu. Jest bardzo wyrazista, ale dosyć szlachetna mimo delikatnego zalegania. Piwo jest szalenie gładkie, śliskie, aksamitne, wyraźnie gęste i lepkie. Długo i powoli spływa w dół przełyku osadzając na ściankach akcenty mocnej kawy bez cukru, palonego słodu, gorzkiej czekolady, pumperniklu i przypalonego karmelu. Tłem sunie lekka doza spalenizny i popiołu. Wszystko to świetnie ze sobą koresponduje, współgra niczym małżeństwo z dwudziestoletnim stażem (czy aby na pewno?). Każdy aspekt czuć bardzo wyraźnie, żadna składowa nie walczy o swoją pozycję, lecz wszystkie się nawzajem uzupełniają. Ilość bąbelków też jest odpowiednia. Alkohol bardzo delikatnie rozgrzewa wnętrzności, ale sumarycznie jest dobrze ułożony. Nic nas tu nie piecze, nie pali i nie gryzie. W sumie to zajebiste piwo właśnie konsumuję! Czas obwąchać to cudo.

To zupełnie inna bajka niż świeży egzemplarz. Jankesi są tuż na granicy moje percepcji, mam jednak nieodparte wrażenie, że ciągle coś tam daleko w głębi pobrzmiewa nowofalowego. Jakieś bardzo subtelne owoce tropikalne wraz ze szczyptą kwaskowych cytrusów. Żywica natomiast umarła całkowicie. Są za to kwiaty i przede wszystkim ciemne klimaty. Piwo jest niebywale czekoladowe, wyraźnie kawowe, z przyjemnie wyeksponowanym palonym słodem. Nieco z boku czają się nuty lekkiej spalenizny, brownie, przypalonego karmelu, pieczywa razowego, melasy i cukru kandyzowanego. Tak, jest dosyć słodkawo, na pewno bardziej niż w smaku. W oddali majaczy bardzo subtelny i zupełnie nieinwazyjny alkohol, kojarzący się z czekoladowym likierem z wyższej półki. Minęło tyle czasu, a jednak wciąż czuć moc tego piwa. Nie mówię, że to jest jakaś wada, bo w tym stężeniu to czysta poezja. Całość pachnie przebogato, ślicznie, wielowątkowo i wciąż bardzo oryginalnie.
Piwo jest szalenie pełne w smaku, bardzo gęste i lepkie, bardzo dobrze ułożone, lekko treściwe z wyraźnie zaznaczonym wytrawnym finiszem. Mocarna goryczka wciąż robi swoje, potężnie masakrując moje kubki smakowe, a jednocześnie doskonale balansując opasłe słodowe cielsko. Mimo upływu lat amerykańskie lupuliny wciąż są odczuwalne, zwłaszcza w smaku (choć już nie w takich ilościach). Strasznie mnie to cieszy i rzuca pewien cień na twierdzenie, iż nowofalowe chmiele giną bardzo szybko w piwie. Oczywiście bardziej odnosi się to do zapachu i tu akurat muszę się zgodzić. Z potężnej dawki cytrusowości w aromacie, zostały tylko niewyraźne strzępy, choć te strzępy wciąż coś tutaj wnoszą.
Bardzo degustacyjne piwo ten Imperator Bałtycki, co oczywiście nie dziwota. Z biegiem lat „amerykańce” wyraźnie osłabły, ale poza tym aspektem piwo w zasadzie zmieniło się nieznacznie. Alkohol w sumie jaki był, taki jest (czyli dobrze ułożony). Pozostałe niuanse, smakowo-zapachowe łącznie z fakturą trunku pozostały bez zmian. Naprawdę nie widzę tutaj typowych śladów utlenienia - żadnych suszonych owoców, żadnych kukułek, żadnego sosu sojowego, czy tego typu klimatów. Dziwne, ale prawdziwe.
Cóż, sumarycznie wyleżakowana wersja wypada nieco słabiej niż świeżak, ale różnica jest w zasadzie niewielka. Wciąż jest to strasznie smaczne, sakrucko wyraziste, bogate w doznania piwo, tyle tylko, że w większości pozbawione nowofalowego sznytu.

OCENA: 9/10

Jeśli ten tekst Ci się spodobał i nie chcesz, by w przyszłości ominęły Cię kolejne, ciekawe artykuły na temat wyleżakowanych piw – już teraz zapisz się do newslettera, dołącz mnie do swoich kręgów Google+ lub polub mój profil na fejsie ;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz