czwartek, 17 listopada 2016

MOJA PIWNICZKA: 4-LETNI ŻYWIEC PORTER



Nadeszła wiekopomna chwila. Lejdis end dżentelmens to już dziś! Niniejszym wpisem otwieram nowy dział na blogu – Moja Piwniczka. Stali czytelnicy zapewne już wiedzą o co kaman, ale dla formalności przypomnę. W dziale tym będę zajmował się porządnie wyleżakowanymi piwami, głównie porterami bałtyckimi i RISami, choć nie tylko. Będę je spożywał z największym skupieniem, będę mlaskał na prawo i lewo, wąchał z intensywnością nie mniejszą niż Wasz czworonożny przyjaciel. Wpisy będą pojawiać się głównie w miesiącach jesienno-zimowych, mniej więcej raz na miesiąc :)
Przyjąłem sobie, że będą to piwa minimum czteroletnie! Dawno po terminie, którym wbrew pozorom czas zupełnie nie szkodzi. Wręcz odwrotnie - zegarki są ich sprzymierzeńcem! Jednakże cztery wiosenki to tylko początek, bo z biegiem miesięcy i lat zamierzam raczyć się coraz starszymi trunkami. Pięcio-, dziesięcio-, piętnastoletnimi and more. Nie wyznaczam sobie tutaj górnej granicy. Czas pokaże jak to się rozwinie. A po co to robię? Bo mogę! ;)
Prologiem tego nowego cyklu był tekst „Wszystko co powinieneś wiedzieć o leżakowaniu piwa”. Zawarłem tam wszystkie niezbędne informacje odnośnie tego zagadnienia. Dowiecie się tam między innymi po kiego grzyba piję przeterminowane piwa i jeszcze się z tego jaram jak znicz we Wszystkich Świętych. Naprawdę polecam przeczytać ten artykuł.
Początkiem mojej przygody z porządnie wyleżakowanymi piwami jest wszem i wobec znany Żywiec Porter. Klasyka klasyk można rzec. Butelka jeszcze ze starą etykietą i 22% ekstraktu. Po zmianie szaty graficznej zmieniono recepturę na 21% i wydłużono termin ważności z 12 do 18 miesięcy. Osobiście twierdzę, że od tamtej pory Żywiec Porter zmienił się na gorsze.

Producent
Grupa Żywiec
Termin ważności
27.07.2013
Wiek (miesiące)
52
Zawartość alkoholu (%)
9,5
Ekstrakt (°Blg)
22

Czas generalnie nie wpływa za bardzo na wygląd, tak więc rzeczony napitek to wciąż czarne piwo z piękną, bujną i zwartą czapę beżowej piany o drobnej teksturze. Lacing jest także na posterunku ;) Piana jest trwała, opada wolno i niespiesznie.


Nie ulega wątpliwości, że piwo jest lepsze niż świeża wersja. Ciecz gładko sunie po przełyku, jest aksamitna i gęstawa. Po podniebieniu rozlewa mi się przyjemna czekolada w odmianie gorzkiej i deserowej. Broń Boże nie żaden wyrób czekoladopodobny, tylko prawdziwa i droga czekolada. Wtóruje jej wyraźna kawa. Świeżo parzona, dość mocna i bez mleka. Dalej mamy sporo suszonych owoców, głównie rodzynek i śliwek. W to wszystko próbuje się wplątać palona słodowość i trzeba przyznać, że się jej to udaje. Ciemne, lekko palone słody robią to jednak z wielką gracją i zwinnością. Stanowią one łącznik pomiędzy poszczególnymi składowymi, nie przykrywając ich. W tle można odnaleźć odrobinę opiekanego karmelu i szczyptę lukrecji. Finisz natomiast został obstawiony przez umiarkowaną goryczkę o kawowo-czekoladowym spojrzeniu. Goryczka jest cholernie szlachetna, krótka i ułożona. A co z alkoholem? Przepraszam, jakim kuźwa alkoholem? Piwo jest gładkie jak murawa na Narodowym. Nie ma tu mowy o żadnym gryzącym etanolu :D Bardzo to wszystko smaczne i bogate w doznania! O to właśnie chodziło.

Smak to już jest niezły odlot, ale uwierzcie mi, że zapach jest jeszcze lepszy. Piwo utleniło się w możliwie najlepszy dla siebie sposób. Ponad czteroletni porter od Żywca zachwyca całą paletą suszonych owoców, które mam wrażenie, że wiercą mi trzecią dziurkę w nosie. Jest tu rodzynka, śliwka, figa, wiśnia, a nawet czarna porzeczka! Jakież to piękne i wspaniałe. Można wąchać bez końca. Zupełnie jakby mi pod nos podstawili rasowego RISa z górnej półki. Owocom akompaniuje solidna dawka słodko-gorzkiej czekolady, pralinek i świeżej, ale niezbyt mocnej kawy. Na końcu stawki majaczy lekkie kakao i zwiewna słodowa nuta o delikatnie palonym charakterze. W tle pobrzmiewają nader przyjemne echa likieru owocowego, dające nam poczucie obcowania z czymś szlachetnym i wyrafinowanym. Bombastycznie to wszystko pachnie. Po prostu miodzio! :)
Żywiec Porter z połowy 2012 roku powala pełnią smaku, wyśmienitym balansem, wyrazistością i głębią charakteru. Podczas degustacji piałem z zachwytu jak jurny kogut, oblizując się przy tym skwapliwie. Piwo jest okrutnie gładkie, zaokrąglone, szlachetne, ułożone i wielowątkowe. Alkoholu nie czuć praktycznie wcale, a jego słodko-gorzki temperament doskonale odzwierciedla to, co w porterach bałtyckich najlepsze. Do tego dochodzą te mega przesympatyczne owocowe estry. Pijąc to piwo ma się wrażenie spożywania najlepszego sortu czekoladek nadziewanych likierem i suszonymi owocami. Idealny trunek na zimowe wieczory do powolnego sączeniu przy rozgrzanym kominku. Piękna sprawa! Wymarzony początek całego cyklu. Tak właśnie to sobie wyobrażałem :D

OCENA: 9/10


Jeśli ten tekst Ci się spodobał i nie chcesz, by w przyszłości ominęły Cię kolejne, ciekawe artykuły na temat wyleżakowanych piw – już teraz zapisz się do newslettera, dołącz mnie do swoich kręgów Google+ lub polub mój profil na fejsie ;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz