niedziela, 5 listopada 2017

KOMES BARLEY WINE. Czy hype jest słuszny?



Nie powiem, bo Fortuna narobiła trochę szumu swoim najnowszym Komesem. Bardzo przystępna cena, stosunkowo niewielka ilość piwa na rynku (seria limitowana), potężne parametry oraz poczciwy skład – to wszystko zebrane do kupy przełożyło się na spory hype i stanowiło główny motor napędowy wysokiego pozycjonowania tego napitku w sieci oraz w realu (nie chodzi o sklep rzecz jasna). Odrębną jeszcze rzeczą są nader pozytywne opinie o tym barli łajnie. Piwo zasmakowało większości birgikom , co w sumie specjalnie mnie nie dziwi. Seria Komesów (z kilkoma wyjątkami) to naprawdę ciekawe i dość smaczne trunki.
Co zatem takiego ciekawego oferuje Komes Barley Wine? Panie, po pierwsze 12 voltów alko. To już nie są przelewki. Po drugie Panie – aż 27 ballingów ekstraktu! Co prawda wyciągnięte nie po Bożemu, bo z pomocą ekstraktu słodowego, no ale szacun na mieście będą mieć za to. Co jeszcze Panie? Ano jeszcze amerykańskie chmiele się tu odmeldowały! Mamy tu więc American Barley Wine :) No i Panie na tym niby koniec, ale czy do wyśmienitego ‘wina jęczmiennego’ potrzeba nam czegoś więcej? Przekonajmy się na własnej skórze, czy cały ten hype jest słuszny i jest co zachwalać. 


Czy nudzić Was wyglądem? Ponudzę troszkę, bo piwo wygląda naprawdę zacnie. Jest klarowne, a jego kolor jest przepiękny. Rubinowo-miedziany (zdjęcie przekłamane), choć trzeba zaznaczyć, że firmowy kielich jest bardzo szeroki, co oczywiście wpływa na odbiór barwy. Jeśli mogę Wam ten odcień do czegoś przybliżyć, to chyba najlepszym porównaniem będą dojrzałe, takie bordowe wiśnie. Piwo zwieńczone jest średniej wielkością pianą o beżowej barwie, ale niestety nieciekawej budowie. Piana jest dosyć grubo ziarnista, rzadka i raczej nietrwała. Lacing obecny, ale nie jakiś szałowy.
Teraz smak. Pierwsze co można zauważyć to alkohol. Tak, piwo dość wyraźnie zajeżdża etanolem i to niezbyt przyjemnym, takim wódczanym jeśli mam być szczery. Ciecz wyraźnie piecze w gardle oraz mocno grzeje w przełyku i żołądku. Piwo jest gęste i dosyć lepkie, choć jeszcze nie wyklejające. Dominantą są tutaj akcenty słodowe podchodzące pod lekko opiekane zboża, dobrze wypieczone ciastka, skórkę chleba oraz karmel i cukier kandyzowany. W drugim akordzie na wierzch wypływają nuty suszonych śliwek, suszonych daktyli i rodzynek. Jankeskie chmiele są mało widoczne, choć skłamałbym twierdząc, że nie czuję tu odrobiny żywicy i subtelnego powiewu owoców tropikalnych. Nie można też zapominać o nieźle zaznaczonej goryczce, która jest dosyć krótka, ale konkretna. Chmielowo-żywiczna goryczka doskonale kontruje olbrzymią skądinąd słodowość. Wysycenie jak dla mnie jest optymalne, czyli średnie w kierunku niskiego. Sumarycznie nie najgorzej to smakuje. W sumie byłoby bardzo dobrze, lecz wspomniany alkohol skutecznie psuje odbiór tego piwa.
Czy zapach potwierdzi tą tezę? Ciężko się wącha z tak szerokiego szkła, ale muszę przyznać, że jakiegoś mocno gryzącego alkoholu to ja tu nie czuję. Owszem, coś tam smyra w nozdrza, ale przy takim woltażu nie oczekuję kojącego balsamu pokroju Hefeweizena. Poziom alko w aromacie jest moim zdaniem jak najbardziej na miejscu (czyt. nie przeszkadza). W tym elemencie także zaznacza się wyraźna przewaga niuansów słodowych – jest sporo karmelu, opiekanego zboża, tostów, cukru trzcinowego i przypieczonej skórki chleba. Suszonych owoców jest jakbym mniej niźli w smaku, ale ich obecność jest bezsprzeczna i niepodważalna. Daleko w tle natomiast pobrzmiewa sobie cichutko echo żywicy, słodkawych owoców tropikalnych i czegoś co przypomina migdały, marcepan, a nawet słynne amaretto. W tym momencie muszę dać małą erratę, bowiem z biegiem czasu i w miarę ogrzewania się piwa, alkohol niestety staje się coraz bardziej wyczuwalny i przeszkadzający. Teraz bardziej kojarzy się z likierem niż z piwem. Z początku byłem w stanie go zaakceptować, lecz po pewnym czasie stał się on zbyt nachalny i gryzący (sorki za początkowe wprowadzenie w błąd). Nasunęła mi się w tym momencie mała dygresja – piwo najlepiej oceniać pod koniec, gdy się już go trochę wypije, a nie po pierwszych kilku łykach ;)
Komes Barley Wine to zajebiście pełne w smaku piwo o sporej gęstości, bardzo dobrym balansie i odpowiedniej do stylu treściwości. Jak na barli łajn nie jest jakieś przesadnie słodkie, co oczywiście jest niewątpliwym plusem. Goryczka w rzeczy samej stoi tutaj na straży i robi, co do niej należy. Amerykańskie chmiele są obecne, choć nie ukrywam, że mogłyby być nieco bardziej aktywne. Ich intensywność nie umywa się do najlepszych reprezentantów stylu ABW. Choć to akurat jestem w stanie jeszcze zaakceptować w przeciwieństwie do największego grzechu tego napitku, jakim jest nadmiernie wyeksponowany alkohol, a co za tym idzie nieułożenie. Nie bójmy się użyć tego słowa – jest to piwo kompletnie nieułożone, świeże, gryzące, alkoholowe. Zdaje sobie sprawę, że dwanaście procent to nie kaszka z mleczkiem, ale piłem już niejednego mocarza o takim woltażu i wiem co mówię. Piwo ewidentnie wymaga leżakowania! Owszem, jest w nim potencjał i to duży, ale w obecnej formie nie ma się czym zachwycać.
Dobrze, że kupiłem dwie butelki, więc za kilka lat się zobaczy, czy Amator Piwa miał rację ;D
OCENA: 6/10
CENA: 5ZŁ (Fresh Market)
ALK. 12%
TERMIN WAŻNOŚCI: 04.09.2020
BROWAR FORTUNA

2 komentarze:

  1. Do tej pory najbardziej ceniłem Porter Komesa. "Stety" trafiłem na jeszcze bardziej wartościowy skarb z Fortuny.

    OdpowiedzUsuń