czwartek, 13 września 2018

3. CZĘSTOCHOWSKI FESTIWAL PIWA - relacja


Tak moi drodzy. Piwne zadupie zwane Częstochową też ma swoje piwne święto i to już od trzech lat!!!

W związku z tym, że niedawno miał miejsce 3. Częstochowski Festiwal Piwa, to postanowiłem podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Zwłaszcza, że w „moim mieście” kultura piwna i związane z nią wydarzenia stoją na dość niskim poziomie. Nie oszukujmy się – jak na ćwierćmilionowe (mówi się tak w ogóle?) miasto, jest tu tylko jeden prawdziwy sklep specjalistyczny z piwami i jeden… może dwa prawdziwe mutlitapy. Reszta to jedna wielka koncernowa pustynia. No dobra, trochę pewnie przesadzam, ale daleko nam do choćby Torunia, Lublina, czy Olsztyna. I umówmy się – Częstochowski Festiwal Piwa nigdy nie aspirował i nie będzie aspirował do grona największych piwnych festiwali w Polsce. Więc wszystkie podśmiechujki proszę w tej chwili chować do kieszeni ;)


 Jak już wiecie w dniach od 7 do 9 września w „świętym mieście” odbywał się Beer & Food Truck Festival. W tym roku impreza wylądowała tuż pod Ratuszem, czyli w samym sercu Częstochowy, na Placu Biegańskiego. W sumie nie było chyba lepszego miejsca dla letniego festiwalu piwa. Ścisłe centrum, multum przechodniów, multum turystów, czy może raczej pielgrzymów. Zwał, jak zwał, ale widok wyrazu twarzy zmęczonych pielgrzymów tuż przed Jasną Górą, idących przez sam środek festiwalu piwa – bezcenny! Stoisk z piwami było coś koło piętnastu, prócz tego oczywiście strasznie popularne ostatnio food trucki. Od frytek belgijskich, poprzez amerykańskie burgery, po dania kuchni meksykańskiej. Do wyboru, do koloru. Ja nic stamtąd nie szamałem, więc czy dobre powiedzieć nie potrafię. Sorki.



Moja postać piwnego geeka na imprezę dotarła w sobotę ok godziny 14.40 i krążyła intensywnie wokół namiotów z piwami, a było w czym wybierać (łącznie około 15-stu wystawców). Był np. AleBrowar, Pinta, Piekarnia Piwa, Browar Kazimierz, Maryensztadt, Browar Na Jurze, Jan Olbracht, Wąsosz, czy Pracownia Piwa. Z mniej reprezentatywnych browarów wystawił się na szczęście tylko Racibórz, który oczywiście cieszył się dość dużym zainteresowaniem. Ciężko natomiast odchorowałem brak EDIego i Koreba, ale mówi się trudno. Jakoś trzeba żyć dalej.

Ludzi początkowo było mało, ale ja tam lubię takie kameralne klimaty. W kolejce stać nie trzeba, żadne piwo się nie skończy i bez przeszkód można pogadać z wystawcami/właścicielami. Oczywiście z każdą upływającą godziną, spragnieni dobrego piwa ludzie zaczęli docierać na teren festiwalowy. Wieczorem zrobiło się naprawdę gwarno i dosyć tłoczno. Średnich rozmiarów kolejki ustawiały się przy każdym piwnym namiocie. 



Z ciekawszych piw, jakie zapamiętałem tamtego dnia muszę wymienić porter bałtycki z Wąsosza. Piwo nie jest warzone regularnie, więc miło było je sobie przypomnieć. Naprawdę trzyma bardzo wysoki poziom. W pamięci utkwiło mi także Black IPA z debiutującego w tym roku browaru Pivovsky ze Świdnicy. Bardzo smaczna, stylowa i goryczkowa czarna ipka. Wchodziła jak złoto w przeciwieństwie do Żytka z Piekarni Piwa. Na uwagę zasługuje także Cherry Dark Ale od Jana Olbrachta. Najnowsze piwo z tegorocznej Kuźni Piwowarów. Wiśnie naprawdę robiły tutaj robotę. Dawno nie czułem tak dobrze wkomponowanego dodatku w piwie. Pychotka, która wchodziła mega gładko i szybko :) 

Hitem festiwalu było jednak wg mnie (recenzowane niedawno na blogu) trzecie piwo z Projektu 30 od Maryensztadtu. Mocarny Wee Heavy leżakowany w beczce po szkockiej Laphroaig. Butelka była bardzo droga, bo 45 PLN, ale 200 ml z kranu za dwanaście złotych, to już cena jak najbardziej akceptowalna, a może nawet i atrakcyjna. Tradycyjnie skosztowałem też Korda leżakowanego w beczce po whisky (bodajże Jack Daniel’s). To piwo zawsze jest w formie i nigdy mi się nie znudzi – wg mnie klasa światowa. No i ta cena – 15zł za taką samą buteleczkę jak Projekt 30. Można? Można. Bardzo dobrze też zapamiętałem piwo Fest Torfpeda z Browaru wBrew. Ten zacny Whisky Extra Stout mocno atakował mnie torfowymi klimatami. Zjarane kable, smoła, asfalt i podkłady kolejowe murowane! Dobrze również wypadł z tego browaru Have a Weizen z dodatkiem naturalnych soków z mango i marakuji. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie grzechy... ;p


Coś tam jeszcze próbowałem, ale nic godnego uwagi, czy zapamiętania. Piwny festiwal to jednak nie tylko piwo oraz szama, ale również dodatkowe atrakcje. Jak już wspominałem nie sposób w żadnej mierze porównywać wydarzenia z Czewy do tych w Warszawie, Gdańsku, czy Wrocku. To zupełnie inna liga, inne zaplecze oraz inne fundusze. No, ale coś tam na scenie działo się i tutaj. 



Częstochowskie Bractwo Piwne jako jeden z organizatorów zadbało o piwną oprawę sceniczną. Było picie piwa na czas, dźwiganie beczki, konkurs wiedzy o piwie, czy zabawa typu alkomat równoważnia. Uczestnicy rzecz jasna zdobywali nagrody. Nawet moja skromna osoba pojawiła się na scenie tuż po godzinie 18-tej, by poprowadzić krótką degustację czterech rodzajów piwa. Nie muszę chyba dodawać, że darmowe próbki rozeszły się w ekspresowym tempie? W wolnym czasie z głośników leciało jakieś techno-house miksowane przez miejscowego Dj, choć był też i poczciwy raper, dający występ na żywo. Aha! W naszym, czyli bractwowym namiocie jak zawsze odbywał się pokaz warzenia piwa. Wiem, że dla beergeeków to nudy jak cholera, ale dla przeciętnego spijacza lechotyskaczożubra, co to w dupie był i gówno widział, mogło to być w miarę ciekawe doświadczenie. Można było dotknąć i powąchać różne rodzaje chmieli oraz słodów oraz dowiedzieć się jak zrobić piwo domowym sposobem.



Już pod raz drugi w ramach Częstochowskiego Festiwalu Piwa miał także miejsce Częstochowski Konkurs Piw Domowych, który odbył się w sobotę do południa. To już jego dziewiąta edycja! W tym roku było pięć kategorii: Braggot, Polskie Ale, Owocowe Pszeniczne Ale, Piwo Niskoalkoholowe (do 4% ABV) oraz Koźlak. Miałem przyjemność sędziować w tej ostatniej, ale to dobrze, bo lubię koźlaczki :) Jak co roku główną wygraną w naszym konkursie jest wyłonienie Grand Championa, czyli piwa, które zdobyło największą ilość punktów ze wszystkich kategorii. Zwycięskie piwo w nagrodę zostanie uwarzone w Browarze Wąsosz, w obecności autora receptury! Pieniędzy z tego żadnych, ale sława gwarantowana. Piwo z Twoim nazwiskiem na etykiecie rozejdzie się po całej Polsce. Być może nawet zostaniesz tak sławnym zawodowym piwowarem jak Czesław Dziełak, czy wielu innych. Tak działa magia konkursów piw domowych. Tych fajnych rzecz jasna :)



W IX Częstochowskim Konkursie Piw Domowych Bractwa Piwnego Grand Championem został Braggot autorstwa Adama Kapturskiego. Piwo zdobyło 45,3 punktów na 50 możliwych!! Gratuluję zwycięzcy i życzę dalszych sukcesów.
Jaki to był festiwal każdy już wie, a najlepiej wiedzą, ci co tu byli. Z pewnością nie był to event na miarę moich oczekiwań, ani też na miarę możliwości tego dosyć sporego przecież miasta. No, ale ważne, że w ogóle był. Cały czas do przodu! Do zobaczenia za rok :D




 Jeśli ten tekst Ci się spodobał i nie chcesz, by w przyszłości ominęły Cię kolejne, ciekawe artykuły – już teraz zapisz się do newslettera, dołącz mnie do swoich kręgów Google+ lub polub mój profil na fejsie ;>

2 komentarze:

  1. Festiwal na świeżym powietrzu? Odważni są. Szacun! Ktoś chyba wymodlił Wam pogodę na tę imprezę bo deszcz pewnie wszystko by popsuł. Nie ma chyba nic gorszego przy piciu piwa jak lejąca się woda za kołnierz. W końcu za kołnierz wlewamy co innego a nie deszczówkę. Na szczęście pogoda nie popsuła gospodarzom planów a Tobie degustacji. W sumie to wybierałem się do Częstochowy jednak Katowice ze względów na krótszy dojazd wygrały. Muszę pochwalić organizatorów za wybór miejsca. Spodek do tego typu imprez jest jak marzenie. Wszędzie masz blisko, do autobusów, tramwajów, pociągów i dużych darmowych parkingów. Co bardzo ważne było dużo toalet, mnóstwo toalet. Przy takiej liczbie ludzi degustujących hektolitry piwa to w sumie najważniejsza rzecz. Natury nie oszukasz, mamusię oszukasz, tatusia oszukasz ale natury nie oszukasz.Po kilku piwach nawet najtwardsi szukają nerwowo napisu WC. W marcu na poprzednim festiwalu przy Szybie Wilsona był z tym poważny problem. Nie dość że trudno były je znaleźć to jeszcze czekałeś kilkanaście minut w kolejce. Tym razem tego nie było. Także toalety na plus, dojazd też. Było też bezpiecznie , słusznej postury panowie pilnowali porządku, nikomu nie przyszło do głowy żeby się awanturować. Ochrona budziła powszechny szacunek i chwała im za to. Moment wejścia zawsze budzi sporo emocji. Wchodzę i patrzę na lewo, prawo,znowu na lewo i szukam browaru i piwa którego jeszcze nie mam bo nie udało mi się go kupić.Z takim zamiarem tam pojechaliśmy. Kupić portery i ris-y które ciężko dostać nawet w sklepach kraftowych. Nie udało się nam kupić sztosów ani słynnych perełek jednak porter z Widawy, Kraftwerka-nowość leżakowana w beczkach po whisky, Ragnar-y, czy słynny Idiota zasiliły nasze kolekcje. Jak się dowiedziałem w czasie festiwalu nie jest to sezon na portery bo większość już się sprzedała a nowe właśnie się robią. Tym bardziej będę odliczał czas do festiwalu w marcu gdzie pewnie będzie wysyp nowości. Nie próbowałem żadnego piwa bo byłem kierowcą więc ciężko mi powiedzieć co było naj. Dużym zainteresowaniem cieszył się lany porter z Widawy i Echo z Nepomucena. Tylko wąchałem i płakałem ze smutku bo tym razem nie dla psa kiełbasa. Gdybym miał pochwalić stoiska i konkretny browar to Dukla,Widawda,Dziki Wschód,Pracownia Piwa i Hajer. Tam mieli czas dla takich pasjonatów piw jak my z kolegą. Nie traktowali Cię jak piąte koło u wozu. Nie odczułeś nastawienia typu bierz piwo i spadaj bo kolejce następny. Widać u tych ludzi pasję, widać miłość do warzenia piw. Dlatego później jestem gotowy właśnie dla takich ludzi jechać pół województwa żeby kupić ich piwo. Spędziłem tam kilka godzin i wiem że było warto. Czekam na kolejne. I zapraszam do nas na wiosnę.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Ragnara to bym się napił. Zazdroszczę!

      Usuń