Przejdź do głównej zawartości

Piwne wojaże po Dolnym Śląsku


Trochę czasu zajęło mi przelewanie wrażeń na ekran monitora, ale w końcu musiałem coś skrobnąć. Chodzi oczywiście o wycieczkę Częstochowskiego Kręgu Lokalnego Bractwa Piwnego na Dolny Śląsk, która odbyła się 9 czerwca. Ci, co śledzą mnie na fejsbuku zapewne będą wiedzieć o czym mówię. Siedemnastu chłopa i tylko dwie niewiasty, w tym moja Kasia. Zapewne po to, bym nie popuścił zanadto wodzy fantazji z piwnymi Braćmi :) Mam nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt gejowsko?

Głównym celem naszego wypadu były odwiedziny grobu naszego byłego kolegi Andrzeja Bossowskiego, który odszedł z tego świata w zeszłym roku i został pochowany na cmentarzu w Lwówku Śląskim. Celem pobocznym lub jak to mówią „przy okazji”, były odwiedziny czterech browarów z zamiarem jako takiego zwiedzania. A może było na odwrót? Sam już nie wiem ;p
Ze „świętego miasta” wyruszyliśmy w sobotę o 7.30 rano. Tak się niefortunnie złożyło, że w tymże tygodniu miałem w pracy nocki (tak, nie każdy bloger pracuje w biurze w korpo). Tak więc jeszcze o 6 rano odbijałem się w robocie szczęśliwy kończąc tydzień pracy, a już półtorej godziny później siedziałem sobie (jeszcze szczęśliwszy) w busie w drodze na Dolny Śląsk. O spaniu mogłem sobie tylko pomarzyć. Po pierwsze nie należę do śpiochów, po drugie w hałasie dziewiętnastu gadających i pijących piwo gardeł, naprawdę ciężko jest zasnąć. Zwłaszcza w pozycji siedzącej. Postanowiłem zatem, że będę hardcorem i pójdę na żywioł. Padnę, to padnę! Ale łatwo się nie poddam.
Pierwszym punktem naszej wycieczki była Chrząstawa Mała, gdzie swoją miejscówkę ma Browar Widawa vel. Gospoda Pod Czarnym Kurem. Oczko w głowie słynnego na całą Polskę Wojtka Frączyka, specjalisty od porterów bałtyckich i od leżakowania piw w beczkach. Głównego kierownika interesu oczywiście nie było, bo na nasze nieszczęście w tym samym czasie odbywał się całkiem niedaleko Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa. Nieobecność głównego piwowara była zatem zupełnie zrozumiała. Nic to jednak, bo pięknie w swoich progach ugościła nas jego żona oraz jedna z pracownic (jak sądzę). Specjalnie dla nas zostały upieczone precle, którymi zagryzaliśmy degustowane trunki. Oczywiście za mamonę, żeby nie było. Ja uraczyłem się kultowym Czarnym Kurem – bardzo przyjemny i smaczny to Schwarzbier. Strasznie stylowy, dobrze wyważony, okrutnie pijalny. Wchodził jak woda :) Na drugą nóżkę wziąłem sobie Augustiańskie – klasyczny Hefe-Weizen. Tu niestety tak różowo już nie było, bo piwo wyraźnie zalatywało diacetylem. W pszenicach to rzadkość, no ale tutaj coś ewidentnie Wojtkowi nie pykło. Spiłem też od Katarzyny kilka łyczków Sharka, co by sprawdzić jego formę po latach. Niby z nim wszystko było okej. To znaczy wad żadnych, ale: albo piwo już nie jest tak odjechane jak było kiedyś, albo już mi się w dupie poprzewracało od tych wszystkich sztosów. Goryczka w tym Sharku naprawdę była zwyczajna i niczego nie urywała. 




Sam browar/restauracja prezentują się bardzo ładnie, stylowo i elegancko. Na uwagę zasługuje przede wszystkim zabytkowa fasada budynku z początku XX wieku. Miedziane kadzie też robią robotą, do tego kilkanaście beczek z leżakującym piwem rozstawionych po kątach lokalu. Na ścianach o groma dyplomów, jako dowód piwnego kunsztu założyciela Browaru Widawa. Naprawdę czułem się tam swojsko, ale czas naglił, więc trzeba było ruszać w dalszą drogę.


Drugi przystanek to Srokowski Browar Roch w miejscowości Nowe Rochowice, przy trasie z Bolkowa do Jeleniej Góry. Widoczki tu już są całkiem fajne muszę przyznać, wszak to już praktycznie Sudety (dokładnie Góry Kaczawskie). Browar znajduje się pośrodku… niczego. Serio. Ani przed zabudowaniami browaru, ani za nim nie było widać żadnej cywilizacji! Cały kompleks składa się z trzech budynków. Kiedyś była tu stadnina koni, a jeszcze wcześniej produkowano tu wapno palone, czego dowodem są dwa zabytkowe wapienniki (piece szybowe), stojące tuż za ostatnim budynkiem browaru. 


Niestety zwiedzanie samego browaru było niemożliwe ze względu na trwający akurat rozlew, a przynajmniej taką oficjalną informację nam przekazano. Trochę to dziwne, ale może faktycznie nie chcieli, by w tym czasie pod nogami plątało się dziewiętnastu piwnych turystów. A może po prostu była to zwykła ściema, bo ze środka nie dobiegał najmniejszy nawet hałas, a i na zewnątrz nie było widać ani żywej duszy. Poza tym gdzieś czytałem, że raczej nie wpuszczają do środka osób postronnych ze względu na problemy z higieną… Nevermind



Ugoszczono nas w klimatycznej sali o kamiennych ścianach, która miała swój niesamowity urok. Można by ją nazwać salą restauracyjną, gdyby nie to, że nie można kupić tam jedzenia. Ale można zakupić to ważniejsze, czyli piwo :) Zarówno na miejscu, jak i flaszki na wynos. Cenę 10zł uważam za dosyć uczciwą (za pół litra ma się rozumieć). O historii tego miejsca oraz browaru opowiadał nam Ryszard Srokowski, który wraz ze swoim synami (dwoma lub trzema) jest założycielem tego przybytku. Głównym piwowarem jest obecnie jeden w nich, Michał Godziemba Srokowski. Pan Ryszard nakreślił nam z grubsza co ważniejsze zagadnienia. Co dziwne, browar wcale tak dobrze nie prosperuje jak może się z pozoru wydawać. Generalnie z jego opowieści wyłonił się obraz browaru, który ciągle ma pod górkę, który ciągle miota się ze swoim problemami. Ale piwa mają dobre. Przynajmniej te, które próbowałem. Balios (Forest Bomb Black IPA), to prawdziwy majstersztyk. Piwo, do którego schowano co najmniej z hektar lasu iglastego! Toż to bucha iglakami na kilometr. Filtrowano je przez gałązki świerku zbieranego w górach na pewnej wysokości (nie pamiętam jakiej). Paso Fino to klasyczna bawarska pszenica. Smaczna, w miarę rześka, świetnie pijalna. Bez szaleństwa, ale wchodzi dobrze. Próbowałem jeszcze MarwariOatmeal IPA. Piwo o bardzo intensywnym aromacie cytrusów i tropików, lekko muśniętych żywicą. Gładkie, zaokrąglone, cholernie pijalne z dobrze zaznaczoną i szlachetną goryczką. Mniam.
Jeszcze ciekawostka – nazwy piw pochodzą od ras koni hodowanych kiedyś przez właścicieli browaru. 


Czas z gumy nie jest, więc nie chciał się rozciągnąć. Musieliśmy zbierać dupy i uderzać do niedalekiej Miedzianki. Niby na mapie blisko, ale pagórków i serpentyn było coraz więcej, więc kolejne cenne minuty przesiedziane w busie :/ Sama Miedzianka ma tak zawiłą i bogatą historię, że warto sobie o niej poczytać choćby na Wikipedii. Kiedyś było to bogate miasto słynące z ogromniej ilości kopalni miedzi, a nawet srebra. Był też i browar, którego ruiny stoją do dzisiaj :) Niestety po wyczerpaniu zasobów kopalnianych z początkiem XX wieku mieszkańców przesiedlono do Niemiec, a niemal wszystkie budynki doszczętnie wyburzono. Natomiast tuż po II Wojnie Światowej Armia Czerwona wydobywała tutaj rudy uranu i przewoziła je na terytorium Związku Radzieckiego. W latach PRL-u podjęto decyzję o całkowitej likwidacji wsi, a nielicznych mieszkańców wysiedlono do Jeleniej Góry. To tak w skrócie. 


Browar Miedzianka znajduje się mniej więcej na takim samym pustkowiu, co Roch, tylko że tutaj okolica jest zdecydowanie piękniejsza. Budynek wybudowanego w 2015 roku browaru restauracyjnego znajduje się na zboczu Miedzianej Góry, nad przepiękną doliną Bobru. Jest to obiekt przeszklony, wysoce nowoczesny, wręcz designerski był powiedział. Na górze na antresoli stoją sprzęty do warzenia piwa. Na dole znajduje się ślicznie urządzona sala restauracyjna z zajebistym widokiem na Rudawy Janowickie. Co ciekawe, w środku było sporo wolnego miejsca do siedzenia, natomiast na tarasie pod parasolami wszystkie krzesełka były zajęte. Czaicie? W browarze restauracyjnym na totalnym odludziu! Widać, że interes się im kręci.


Niestety nasz pobyt w Miedziance był najkrótszy ze wszystkich przystanków, gdyż w kolejce czekał na nas jeszcze Browar Lwówek, a tam byliśmy umówieni na zwiedzanie na konkretną godzinę. Dosłowne 25 minut wystarczyło mi jedynie na kupno dwóch butelek piwa oraz zdegustowanie na miejscu Barley Wine o sympatycznej, ale jakże dwuznacznej nazwie Boberek ;) Piwo bardzo udane i smaczne, ale pojawi się niedługo na blogu, więc nie będę się teraz rozpisywał. Aha, w trakcie popijania Boberka bardzo urzekła mnie tutejsza panorama. Sudety z tarasu widokowego są naprawdę przepiękne. Chyba kiedyś tu wrócę i pozwiedzam. W ofercie mają kilka pokoi do wynajęcia :D



Hyc do busa i w drogę do Lwówka Śląskiego. Tam czekał już na nas bardzo sympatyczny starszy pan, którego jednak nie znam ani z imienia, ani z nazwiska. Wiem tylko, że to główny piwowar w Browarze Lwówek, który zaczynał karierę od stanowiska palacza (ponoć do dziś na umowie ma wpisane „palacz”), a skończył jako piwowar oraz jako ochotnik oprowadzający wycieczki po browarze. Historia warzenia piwa w Lwówku Śląskim sięga 1209 roku, ale budynki obecnego browaru pochodzą z XVIII wieku. Browar został zamknięty w 2007 roku, ale już w 2010 po przejęciu go przez BRJ ponownie zaczął warzyć piwo. 



No faktycznie od razu po wejściu do środka czuć tutaj ducha historii. Zwiedzanie rozpoczyna się od niewielkiego Muzeum Browarnictwa z eksponatami pochodzącymi z okolicznych browarów. Podobno jest to inicjatywa samego Marka Jakubiaka. Do obejrzenia jest też krótki filmik o Grupie BRJ. Niestety nagrywany już lata temu i poniekąd troszkę nieaktualny. Największe wrażenie robi oczywiście dwunaczyniowa miedziana warzelnia o wybiciu 120 hektolitrów, pochodząca z lat 70-tych XX wieku. Jeden kocioł jest już wyłączony z eksploatacji, natomiast drugi (obity od środka nierdzewką) wciąż jest w użytkowaniu. Wszystko dlatego, że w 2017 roku oddano do użytku nową warzelnię, która spełnia już wszystkie obecne normy i wymagania. Jakby ktoś się pytał – korytko brzeczkowe na starej warzelni nie jest używane. 



W następnej kolejności udaliśmy się do fermentowni, gdzie jako w jednym z nielicznych polskich browarów wciąż funkcjonuje otwarta fermentacja. Wchodzisz do zimnego pomieszczenia, a tam po lewej i prawej stronie kilkanaście „basenów” fermentacyjnych. Bodajże tylko trzy, czy cztery były zapełnione, a to zapewne świadczy o niezbyt dobrej kondycji samego browaru (w całym browarze łącznie z biurami pracuje zaledwie 9 osób, a to też mówi samo za siebie). Ale widok „baranków” na powierzchni fermentującego piwa – bezcenny! Pan, który nas oprowadzał ochoczo zaczął nam polewać fermentujące jeszcze piwo, takim specjalnym blaszanym rondelkiem na długim „kijku”. Odgarniał sprawnie gęstą pianę grubości na oko 10 centymetrów i wlewał nam ‘napój bogów’ do plastikowych kubków (cóż, nie na miejscu było grymasić). Przyznam się, że pierwszy raz miałem sposobność picia piwa prosto z kadzi fermentacyjnych. Następnie zeszliśmy na sam dół do piwnic leżakowych, a tam kilkadziesiąt stalowych tanków o pojemności 150 hl każdy. Oczywiście większość była pusta, ale wizyta w leżakowani, gdzie jest cholernie zimno (było 6ºC) zawsze dostarcza mi dreszczyka emocji. Ku naszej uciesze i tutaj nie obyło się bez degustacji z kranika. Nasz przewodnik polewał nam ponoć Lwówka Książęcego. Jak na jasnego lagera piwo było nadzwyczaj dobre. Świeżutkie, przyjemnie puszyste na podniebieniu, słodowo-chlebowe, delikatne i raczej lekkie w odbiorze. Może brakowało mu trochę goryczki i samego chmielu, ale poza tym nie miałem żadnych zastrzeżeń. Wizytę w browarze zakończyliśmy w jakiejś sali w krzesłami i stołami oraz pseudobarem, gdzie polewany był znany nam Lwówek Książęcy, ale już z kega. Jak mniemam pomieszczenie to służy do gaszenia pragnienia gości odwiedzających browar. Piwo było tutaj no limit :D Aha, bym zapomniał – wstęp na zwiedzanie kosztuje 25zł, więc tak naprawdę nie ma nic za darmo. 



Na nasze szczęście cmentarz, gdzie został pochowany nasz Brat Andrzej, znajduje się tuż obok browaru. Natomiast na nasze nieszczęście tuż po opuszczeniu murów browaru zaczął padać deszcz. Poza tym nikt z nas tak dokładnie nie wiedział, w którym miejscu jest rzeczony nagrobek (były tylko jakieś wytyczne), więc rozpierzchliśmy się po cmentarzu szukając miejsca spoczynku Ś.P. Andrzeja. Po odnalezieniu grobu zrobiliśmy co trzeba, a co niektórzy nawet zasilili tamtejszą glebę piwem wziętym na wynos z browaru. Głupole. Na nagrobku została także zostawiona pamiątkowa szklanka na piwo z logo Bractwa Piwnego (ciekawe ile tam postoi?). Miał też być wieniec, ale ze względów logistycznych zostanie on kupiony na odległość i dostarczony na grób przez osoby trzecie. 
Tuż przy cmentarzu rośnie olbrzymich rozmiarów drzewo, które - nie wiedzieć czemu - każdy raptem zapragnął dotknąć ;p

Po wojażach we Lwówku udaliśmy się w dalszą podróż do… Wrocławia. Wszak tam trwała w najlepsze 9. edycja Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa. Grzechem byłoby być tak blisko i nie zajrzeć (tak, przez cały ten czas nie zmrużyłem oka ;>). Do Wrocka dotarliśmy równo o 20-tej. Kto chciał mógł sobie tutaj zostać i pobalować na festiwalu do późnych godzin nocnych, a wrócić sobie następnego dnia pekape intersiti, czy innym pojazdem szynowym (nocleg też był ogarnięty). Zdecydowana większość ekipy jednak zgodnie postanowiła wracać jeszcze tego samego dnia. Nie inaczej było ze mną i moją drugą połówką. Ledwo stałem na bogach, bynajmniej nie z powodu upojenia alkoholowego. We Wrocku było zamieszania co niemiara. Kierowca busa nas wyrzucił najbliżej jak mógł głównego wejścia na stadion i sobie pojechał gdzieś zaparkować z jednym z „naszych”. Niestety ten koleś był jednym z tych nielicznych, co nocowali w stolicy Dolnego Śląska. Więc nikt tak naprawdę nie wiedział, gdzie nasz wehikuł zaparkował. Wszyscy się porozchodzili w swoje strony. Ja potrzebowałem wówczas tylko dwóch rzeczy (prócz snu) – szamy i siku. Siku poszło łatwo, choć kolejki były spore (godziny wieczornego szczytu). W strefie food trucków natomiast kolejki sięgały granic absurdu. Nie było czasu, by zjeść sobie, to co człek najbardziej lubi, więc zmuszony byłem stanąć po pajdę ze smalcem, ogórkiem i pomidorem. Szału nie robiło to „danie”, ale kolejek prawie wcale, a głód skutecznie został unicestwiony za 15 ziko. Wybiła pora naszego odjazdu, a tu ani słychu, ani widu pozostałej części załogi. Tylko ja i moja Kasia. Obydwa telefony rozładowane. Ludzi wciąż w pytę, ciężko kogoś znaleźć. Bus nie wiadomo gdzie. Nerwy coraz większe… Ominę teraz następne pół godziny wydarzeń, bo musiałbym sporo tutaj nabluzgać na pewne rzeczy. Powiem tylko, że w końcu się wszyscy znaleźliśmy i skontaktowaliśmy się z szoferem, który po nas po prostu podjechał. Jedziemy. Jeszcze stadion nie zniknął nam z oczu, a my zawijamy na zatoczkę autobusową. Guma! I to na bliźniaku od strony wewnętrznej. Ja pierdziu! Matko Boska Częstochowska i Wszyscy Święci. Kolejne czterdzieści minut w plecy. W domu dopiero o pierwszej w nocy. Na szczęście mój organizm nie wytrzymał i trzy czwarte drogi powrotnej spałem. Dziękuje. Dobranoc.

Komentarze

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

MINI TEST Piw Karpackie 17%

Ja wiem, że Kopyr wypił, żebyśmy nie musieli, ale jednak ciekawość zwyciężyła :> W końcu udało mi się wyhaczyć cztery nowe mocarze marki Karpackie. Trzy wersje smakowe oraz podstawka. Nie mogę sobie pozwolić na testowanie ich pojedynczo, bo kolejka jest zbyt długa. Tak więc, ‘karpaty’ wchodzą z buta, a ja od razu odpalam trójpaka, czyli Mini Test. Uspokajam zarazem internetowych szeryfów – nie wypiję tego na raz. Van Pur tak zszokował rynek tymi wypustami, że ja do dzisiaj nie zebrałem szczeny z podłogi. 17% alko!!! I nie są to rzecz jasna wymrażanki. Na co komu takie piwa? To nawet najwytrwalszych żuli poskłada do reszty. Ciekawostką jest tu górna fermentacja, więc to mogą być takie pseudo barli łajny z aromatami. A co myśleliście, że dolano tu soków? No dobra, do jednego dolano, ale o tym poniżej. Zobaczcie jak bardzo rynek się spolaryzował ostatnio – z jednej strony mega szybko rosnący udział „zerówek”, a z drugiej coraz więcej fest mocnych piw (najczęściej smakowych). Był...

OKO W OKO - Trybunał '90 vs Piwo Jasne

A to ci niespodziankę zrobił nam Kopyr i Browar Piotrków. W ‘biedrach’ kilka dni temu pojawiła się nowość Trybunał ’90 – piwo jak dawniej. I wychodzi na to, że ten dopisek wcale nie jest z dupy. Wg Tomka to piwo smakuje i pachnie, jak typowy (czyt. dobrze zrobiony) pils z pierwszej połowy lat 90-tych. Czyli zanim koncernowe łapska zepsuły te wszystkie nasze Żywce, Tyskie, czy inne Okocimy. Trybunał ’90 ma nas przenieść w czasie do lat, gdy piwa były wyraziste, mocno słodowe i solidnie nachmielone na goryczkę. Kopyr jest niejako ambasadorem tego piwa, a także współautorem. Ponoć sporo jego wskazówek zostało wdrożonych przy tym projekcie (nawet słynna butelka euro). Od niedawna jakby zrobiła się moda na slogan „piwo jak dawniej”. Już w zeszłym roku takowym hasłem reklamował się przecież Miłosław Jasne Pełne, czy Herbowe z Cieszyna. Natomiast AleBrowar dopiero co wypuścił Piwo Jasne w retro-bączkach. W opisach mrugając do nas okiem, że to również jest piwo zrobione na starą modłę. Tak w...

SHORT TEST: Książęce Złote Pszeniczne z Nutą Mango

  Prolog: Kompania Piwowarska zupełnie po cichaczu wjechała do ‘żabsona’ z dwoma nowymi Książęcymi. Nie są to rzecz jasna w żaden sposób piwa odkrywcze, ale postanowiłem przyjrzeć im się bliżej. O co kaman: W ciągu swojego żywota piłem już kilka pszeniczniaków z mango na pokładzie. Uważam, że taki mariaż dobrze do siebie pasuje, ale kiedy daje się pulpę/miąższ lub sok. Tutaj niestety mamy tylko aromat naturalny… Wdzianko: Jednolicie mętne, złociste. Na górze olbrzymia czapa gęstej, drobnej i zbitej piany, która opada zajebiście powoli. Kichawa mówi: Średnio intensywny aromat kojarzący się z piwem pszenicznym i bardzo subtelnym mango w tle. Jest jeszcze odrobinka gumy balonowej, trochę słodu, biszkoptów oraz drożdży. Nawet nieźle to pachnie, choć fajerwerki zostawiam na później. Jadaczka mówi: Piwo jest słodowe i lekko pszeniczne. Czuć także delikatnie nutę mango oraz może odrobinę banana. W tle pałęta się subtelny chlebek i jakiś kwasek. Całość niestety jest pustawa w sma...

TOP 10 POLSKICH PIW KONCERNOWYCH

Z racji moich zainteresowań, co jakiś czas ktoś mnie pyta, jakie jest moje ulubione piwo? Ja wówczas dyplomatycznie odpowiadam, że nie ma takiego piwa . Nie mam jednego ulubionego piwa, które darzyłbym największą estymą, szacunkiem i czcią, niczym muzułmanie Allaha. Powiem więcej: nie mam nawet jednego ulubionego browaru. I to z bardzo prostego powodu – na rynku jest tak dużo polskich świetnych, wręcz rewelacyjnych piw, że nie jestem w stanie wybrać jednego! Nie żartuję. Mimo widocznej rewolucji piwnej w naszym kraju, nadal zdecydowana większość konsumentów piwa, to niedoinformowani, zamknięci w sobie konserwatyści, którzy przez całe swoje życie pili co najwyżej 3-4 marki piwa. Oczywiście tymi piwami są ‘jasne pełne’ od „wielkiej trójcy” (KP, GŻ, CP), no może co niektórzy napili się raz, czy dwa porteru z Żywca. Z myślą o takich osobach   postanowiłem napisać mały przewodnik, odnośnie najlepszych piw koncernowych, które miałem okazję próbować. Dlaczego akurat rzuciłem s...

Niby "małpka", a jednak w środku piwo 18% vol.!!!

  Ostatnio będąc w Dino wyczaiłem przedziwne piwo. Początkowo nawet nie byłem pewny, czy jest to piwo. Stało jednak na półce obok innych piw, więc moja ciekawość zwyciężyła. Mamy tu napitek o woltażu, aż 18%! Nie czyni go to rzecz jasna najmocniejszym polskim piwem, ale szacun i tak się należy. Zwłaszcza, że możemy to kupić w dyskoncie. Swoją drogą bardzo jestem ciekawy jakim sposobem udało się otrzymać taki woltaż. Banderoli nie ma, więc opcja z dolewaniem spirytusu odpada. Wymrażanie natomiast to cholernie drogi interes, więc cena byłaby zapewne dużo większa. Poza tym, jeśli już coś wymrażać, to z pewnością jakieś mocne już piwa i obowiązkowo trzeba się tym chwalić na lewo i prawo. Ta opcja też na bank odpada. Bardzo ciekawą rzeczą jest też dziwnie znajome opakowanie, które zna chyba każdy domorosły obywatel tego kraju :D Niby „małpka”, a w środku zonk…, to znaczy piwo. Najbardziej jednak absurdalną rzeczą jest wg mnie idiotyczna nazwa. W sumie to nawet nie wiadomo jak to wymaw...

OKO W OKO - Perła Chmielowa vs Perła Export

  Było już porównanie Perły Chmielowej Pils w brązowej i zielonej butelce ( tutaj ), no więc w końcu przyszedł czas rozstrzygnąć, która Perełka jest lepsza – Chmielowa, czy Export. Obydwie z pewnością mają swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ja raczej opowiadam się za tymi pierwszymi, choć z pewną rezerwą. A tak osobiście i prywatnie, to wolę Chmielową, ale w brązowej flaszce. Co ciekawe, Perła Export pojawiła się na blogu, jako jedna z pierwszych recenzji, a było to równo dziesięć lat temu… To, że są to te same piwa już na wstępie trzeba wykluczyć, bowiem woltaż aż nadto się różni. Producent w obydwu przypadkach nie podaje składu, więc nie wiemy tak naprawdę, jakie różnice są na papierze, ale za chwilę przekonam się, jakie będą w ocenie organoleptycznej. Perła Chmielowa Pils Ładne piwko, złociste, klarowne. Piana średnio obfita, dość rzadka i szybko się dziurawi. Kilka minut i już jej nie było. Lacingu brak. W smaku znajome nuty trawiastego chmielu, ziół oraz jasne...

WIELKI TEST MÓZGOTRZEPÓW

W pewien chłodny listopadowy wieczór, ja i czterech moich ziomali, spotkaliśmy się u mnie na kwadracie celem spożycia alkoholu. Nie jakieś tam zwykłe żłopanie piwska do meczu kopanego, czy innego MMA. Otóż tego wieczoru miał miejsce Wielki Test Mózgotrzepów!!! 9% alko and more … A co? Jak się bawić, to się bawić. Drzwi wyje…, okno wstawić ;p Oficjalnie strong lagery , w żargonie żulerskim mózgotrzepy lub mózgojeby . Są to jasne i bardzo mocne piwa o wyraźnie narzucającym się charakterze słodowym i alkoholowym. Ich jedynym celem jest dostarczenie do organizmu procentów, z czego doskonale zdają sobie sprawę wszyscy stali bywalcy osiedlowych monopolek (pozdro Wiesiek). Walory smakowe są tutaj na ostatnim miejscu. Tak to przynajmniej wygląda w teorii. SPRAWY TECHNICZNE Tym razem ekipa Wielkiego Testu składała się z pięciu osób: ·          Damian – amator Żubra w puszce (w butelce zresztą też). Nigdy nie rusza się z domu bez sw...

OKO W OKO - Perła Chmielowa (brązowa butelka) vs Perła Chmielowa (zielona butelka)

Zgodnie z zapowiedziami teksty ukazujące się na blogu, gdzie porównuję ze sobą dwa piwa noszą od teraz nazwę „Oko w Oko” i stanowią niejako odrębny dział. Oczywiście wciąż są to recenzje, ale w moim odczuciu chyba nieco bardziej interesujące niż tradycyjne posty. Piwa tu opisywane są w jakimś stopniu do siebie podobne, może nawet niekiedy identyczne (przynajmniej w teorii). W każdym razie zawsze coś ich ze sobą łączy, ale też jednocześnie niekiedy dzieli. Moim zadaniem jest wskazać różnice i podobieństwa oraz rozstrzygnąć, które z nich jest lepsze i dlaczego. Jak widzicie dziś zajmę się piwem Perła Chmielowa Pils, bo tak brzmi pełna nazwa najbardziej popularnego „piwa regionalnego” z Lubelszczyzny. Nie zamierzam tutaj wchodzić w dysputy, czy Perła Browary Lubelskie to browar regionalny, czy już koncernowy. Faktem jest, że to moloch, a jego piwa można bez problemu kupić w całej Polsce. Kto nie był nigdy na Lubelszczyźnie zapewne nie wie, że w tamtych stronach słynna Perełka wyst...